Nagle, na rogu ulicy de l’Echelle, Labarthe uprzedził ministra, by przyjrzał się gęsto zawoalowanej damie, która szybko szła naprzeciw nich. Delarbre przypatrzywszy się zauważył, że jest pospolita, za drobna, nieelegancka.
— Ma brzydkie obuwie — rzekł — to ktoś z prowincji.
Gdy ich minęła, Labarthe rzekł:
— Wasza Ekscelencja się nie myli. To pani Pélisson.
Na to nazwisko zaciekawiony minister szybko zawrócił. Przez niejasne poczucie swej godności nie śmiał iść za nią. Ale ciekawość przebijała w jego oczach.
Labarthe zachęcał go:
— Założę się, Ekscelencjo, że niedaleko idzie.
Obaj przyśpieszyli kroku i widzieli, jak pani Pélisson szła wzdłuż arkad, potem minęła plac Palais-Royal, wreszcie rzucając na prawo i lewo niespokojne spojrzenia zniknęła szybko w bramie Luwru.
Minister zaczął się śmiać cichym śmiechem. Jego małe, szare źrenice zapłonęły. I przez ściśnięte zęby wyrzekł słowa, których sekretarz raczej domyślił się, niż usłyszał:
— Sądownictwo jest pomszczone!