Śledztwo było doskonale prowadzone przez sędziego wypróbowanych zdolności i zręczności. Akt oskarżenia był sporządzony nader kunsztownie. Ale Poudrailles do zbrodni się nie przyznawał. W sądzie przez cały czas rozprawy bronił się ciągłym zaprzeczaniem i nie przyznawał się do niczego. Przygotowałem oskarżenie z całą starannością, do jakiej byłem zdolny, z całą sumiennością człowieka młodego, pragnącego wykazać, że dorósł do swego wysokiego powołania. Wypowiedziałem mowę z zapałem właściwym memu wiekowi. Alibi dostarczone przez niejaką Cortot, która utrzymywała, że w noc zbrodni Poudrailles był u niej w Puy, bardzo mi psuło sprawę. Usiłowałem je zbić. Groziłem tej kobiecie karami wymierzanymi za fałszywe zeznania. Jeden z moich argumentów szczególnie uderzył przysięgłych. Przypomniałem im, że wedle opowiadań sąsiadów psy nie szczekały na zabójcę. Znały go zatem. Nie mógł to więc być człowiek obcy. Był to ów parobek Poudrailles. W końcu zażądałem jego głowy. I wygrałem. Poudrailles został skazany na śmierć większością głosów. Po odczytaniu wyroku zawołał silnym głosem: „Jestem niewinny!” Opanowała mnie wtedy straszna wątpliwość. Pomyślałem, że może ostatecznie mówi prawdę i że tej pewności, którą wszczepiłem w umysły przysięgłych, ja sam nie mam. Koledzy moi, zwierzchnicy, przełożeni, nawet adwokaci oskarżonego przyszli winszować mi powodzenia, przyklasnąć mej młodzieńczej i groźnej wymowie. Pochwały te były mi miłe. Znana jest wam, panowie, subtelna myśl Vauvenargues’a o pierwszych promieniach sławy. Jednakże głos Poudrailles’a, głos: „jestem niewinny”, brzmiał mi w uszach. Pozostały we mnie wątpliwości i musiałem powtarzać sam przed sobą własną mowę oskarżycielską.
Odwołanie Poudrailles’a odrzucono, lecz wątpliwości moje wzrastały. W owych czasach prawo łaski nie powstrzymywało zbyt często wykonania wyroków śmierci. Poudrailles daremnie błagał o złagodzenie kary. W dzień egzekucji, gdy już rusztowanie wzniesiono w Martouret, udałem się rankiem do więzienia, kazałem otworzyć sobie celę skazańca, zostałem z nim sam na sam. „Nic — rzekłem — nie może zmienić twego losu. Jeśli istnieje jeszcze w tobie jakieś lepsze uczucie, dla duszy twej i dla spokoju mego sumienia, Poudrailles, powiedz mi, czy winien jesteś zbrodni, za którą cię skazano?”
Patrzył na mnie chwil kilka nie odpowiadając. Widzę jeszcze jego twarz płaską i szerokie, milczące usta. Przeżyłem chwilę śmiertelnej obawy. Wreszcie pochylił głowę i szepnął cichym, lecz wyraźnym głosem: „Teraz, kiedy się już wypierać nie potrzebuję, mogę powiedzieć, że to ja zrobiłem. I przyszło mi to trudniej, niż myślicie, bo stary był mocny w ręku i bardzo zły”. Słuchając tego wyznania odetchnąłem z ulgą.
Pan Cassignol umilkł. Chwilę patrzył na gałkę swej laski wyblakłymi, jakby martwymi źrenicami, potem rzekł:
— W ciągu całej mej długiej sądowniczej kariery nie natrafiłem nigdy na omyłkę sądową.
— Takie zapewnienie uspokaja — rzekł pan de Terremondre.
— Mnie przejmuje ono zimnym przerażeniem — szepnął pan Bergeret.
XVI
Jak zwykle tak i w tym roku pan prefekt Worms-Clavelin był zaproszony na polowanie do Valcombe, do pana radcy Dellion, właściciela pieców hutniczych i najpiękniejszych rewirów myśliwskich w okolicy. Pan prefekt lubił gościć w Valcombe; pochlebiało mu, że spotykał tam ludzi dobrze urodzonych, szczególnie rodziny Gromance i Terremondre, i z prawdziwą rozkoszą strzelał bażanty. Toteż widziano go, jak po wyrębach leśnych obnosił swą wylewną radość. Strzelał rozstawiając nogi, unosząc ramiona, pochylając głowę i mrużąc oczy na sposób dzierżawców polowania w Bois-Colombes, bukmacherów i sklepikarzy, pierwszych swych towarzyszy łowieckich. Hałaśliwie, z niedyskretnym zadowoleniem mówił o sztukach, które zabił; niekiedy przyznawał się i do tych, które u nóg jego padały z rąk sąsiadów, czym wywoływał gniewy i kwasy, łagodzone jego jednostajnie dobrym humorem i zupełnym niezrozumieniem, że mógł kogoś rozgniewać. W całym swym zachowaniu w miły sposób łączył powagę urzędnika z poufałością wesołego kompana. Nazywał ludzi ich tytułami jak przyjacielskimi przezwiskami, a ponieważ wiedział równie dobrze jak cały departament, że panu de Gromance żona niejednokrotnie przypinała rogi, przy każdym spotkaniu, bez żadnej przyczyny, przyjacielsko klepał po ramieniu tego ceremonialnego człowieka. Był przekonany, że jest lubiany w towarzystwie w Valcombe, i niezupełnie się mylił. Jeśli tylko z arogancką miną nie ciskał w twarz nikomu kulek śrutu lub impertynencji, uważano, że jest to zręczny i w głębi rzeczy taktowny człowiek.
W tym roku powodziło mu się w świecie kapitalistycznym lepiej niż kiedykolwiek. Wiedziano, że był przeciwny podatkowi dochodowemu, o którym kiedyś szczęśliwie się wyraził, że jest to środek godny inkwizycji. Spotykały go w Valcombe powinszowania wdzięcznego towarzystwa, a pani Dellion, łagodząc dlań wyraz swych stalowobłękitnych oczu i czoła uwieńczonego splotami siwiejących włosów, uśmiechała się przyjaźnie.