Wychodząc ze swego pokoju, gdzie ubrał się był do obiadu, pan Worms-Clavelin w ciemnym korytarzu ujrzał wężową postać pani de Gromance, przesuwającą się z szelestem sukni i klejnotów. Jej obnażone ramiona w zmierzchu wydawały się jeszcze bardziej nagie. Poskoczył, by ją dogonić, ujął wpół i pocałował w kark. Gdy wydzierała się z jego objęć, szepnął tonem wymówki:

— Dlaczego nie ja także, hrabino?

Dostał za to policzek, co go bardzo zdziwiło.

Na dole w przedpokoju spotkał Noemi, która, bardzo godna w swej czarnej atłasowej sukni, krytej czarnym tiulem, naciągała wolno długie rękawiczki. Przyjaźnie mrugnął ku niej. Był dobrym mężem i miał dla żony dużo szacunku i nieco podziwu.

Zasługiwała na to. Musiała istotnie być wyjątkowo zręczna, żeby móc podobać się antysemickiemu towarzystwu w Valcombe. A nie była w nim źle widziana. Umiała nawet pozyskać sobie pewne sympatie. A co najwięcej podziwiać należy, w tym towarzystwie nie wydawała się intruzem.

W tym wielkim, zimnym salonie prowincjonalnym przybierała twarz zdziwioną i minę spokojną, które wprawdzie pozwalały wątpić o jej rozumie, ale przedstawiały ją jako kobietę poczciwą, łagodną i dobrą. Wobec pani Dellion i innych dam podziwiała, potakiwała i milczała. Jeśli który z panów, więcej obyty i dowcipniejszy, zbliżył się do niej, by porozmawiać, stawała się jeszcze cichszą i skromniejszą, potem nieśmiało, ze spuszczonymi oczyma, nagle rzucała mu jakieś zdanie swobodne i lekkie, które mu pochlebiało i które uważał za łaskę szczególną, jako że wyszło z ust tak przezornych i duszy tak skrytej. Pozyskiwała serca starych lowelasów. Bez gestu, bez ruchu, bez pomocy wachlarza, niewidocznym zmrużeniem powiek, szybkim ruchem warg umiała poddać im myśli dla nich pochlebne. Uwiodła nawet wielkiego znawcę, pana Mauricet, który mawiał o niej:

— Była zawsze brzydka, nie jest już ładna, ale to prawdziwa kobieta!

Pana Worms-Clavelin posadzono przy stole między panią Dellion a panią Laprat-Teulet, żoną senatora z ***. Pani Laprat-Teulet była to mała, blada osóbka, która wydawała się jakby okryta gazą, tak rysy jej były mdłe i miękkie. Jeszcze jako pannę nasączono ją nabożnością jak oliwą. Wydana za mąż za człowieka zręcznego, który ożenił się z nią dla majątku, umartwiała się w słodkiej pobożności, podczas gdy mąż robił interesy na antyklerykalizmie i wydalaniu zakonów. Oddawała się ciągle drobnym praktykom religijnym. Głęboko przywiązana do swego stanowiska małżonki, gdy w senacie złożono wniosek o rozpoczęcie śledztwa sądowego przeciwko Laprat-Teuletowi i kilku innym senatorom, kazała zapalić dwie świece w kościele Św. Eksuperego przed malowanym posągiem świętego Antoniego na intencję umorzenia śledztwa przeciw jej mężowi. Istotnie tak się też stało. Pan Laprat-Teulet, uczeń Gambetty89, posiadał pewne dokumenciki, których fotografie w odpowiedniej chwili przesłał ministrowi sprawiedliwości. Pani Laprat-Teulet z gorliwej wdzięczności kazała wmurować w ścianę kaplicy ex voto — marmurową tablicę z napisem ułożonym przez samego czcigodnego księdza Laprune: „Świętemu Antoniemu za łaskę niespodziewaną podziękowanie małżonki chrześcijańskiej”. Później pan Laprat-Teulet wybił się znowu. Dał poważne gwarancje konserwatystom, którzy w walce z socjalizmem zamyślali wyzyskać jego wielkie zdolności finansowe. Stanowisko polityczne pana Laprat-Teulet poprawiało się znowu — zastrzeżono tylko, aby nie przynaglał spraw gwałtownie i władzy osobiście nie chwytał w ręce. A tymczasem małżonka swymi woskowymi palcami haftowała obrusy na ołtarze.

— Jakże, łaskawa pani — zapytał prefekt po zupie — idą pani zakłady dobroczynne? Wie pani, że po pani generałowej Cartier de Chalmot pani ze wszystkich dam departamentu przewodniczy największej liczbie instytucji dobroczynnych.

Nie odpowiedziała mu. Przypomniał sobie, że jest głucha, i zwracając się do pani Dellion rzekł: