Młody Gustaw Dellion szeptał cichutko do pani de Gromance:

— Spodziewam się, że tym razem nie urządzisz mnie tak jak tego dnia, kiedyś włóczyła się z tym starym lowelasem Mauricetem, podczas gdy ja w waszym żółtym salonie nie miałem innej rozrywki niż bawienie się zegarem.

— Jakaż zacna kobieta z pani Laprat-Teulet! — zawołała pani Dellion w nagłym porywie przyjaźni.

— Przezacna! — potwierdził prefekt połykając ćwiartkę gruszki. — Szkoda tylko, że jest głucha jak pień. Mąż jej jest także zacnym człowiekiem. I bardzo inteligentnym. Z przyjemnością widzę, że zaczynają inaczej go oceniać. Przebył on trudny okres. Wrogowie Republiki chcieli go skompromitować, żeby zniesławić rząd. Padł ofiarą intryg zmierzających do usunięcia z parlamentu przedstawicieli finansów. To obniżyłoby poziom przedstawicielstwa narodowego i byłoby godne pożałowania pod każdym względem.

Zamyślił się chwilę i dodał z melancholią:

— Zresztą, nie mogą się już zdarzać skandale, dziś już nie robi się interesów. Jest to jeden z najbardziej przykrych wyników tej kampanii oszczerczej, prowadzonej z niesłychaną śmiałością.

— Być może! — westchnęła pani Dellion w natchnieniu i zadumie.

I nagle w porywie serca rzekła:

— Panie prefekcie, oddaj nam naszych kochanych zakonników, wróć siostry miłosierdzia do szpitali i Boga do szkół, z których go wygnaliście! Nie broń nam robić z naszych synów dobrych chrześcijan... a wtedy porozumiemy się łatwo.

Słysząc te słowa pan Worms-Clavelin wzniósł w górę nóż, na którym tkwił kawałek sera, i w szczerości ducha zawołał: