— Ależ, droga pani, czyż pani nie widzi, że ulice miasta są aż czarne od księży, że za każdym płotem roi się od mnichów? A co do pana Gucia, to przecież ja nie bronię mu choćby dzień cały chodzić na mszę zamiast latać za dziewczynami!
Pan Mauricet w gwarze głosów i śmiechów, w brzęku srebra dzwoniącego o porcelanę kończył opis nadzwyczajnej strzelby kłusownika.
Prefekt Worms-Clavelin, któremu pilno było zapalić po obiedzie, pierwszy przeszedł do sali bilardowej. Wkrótce za nim poszedł prezes Peloux. Prefekt poczęstował go cygarem.
— Bierz pan, proszę, jest doskonałe.
I na podziękowania pana Peloux odpowiedział wskazując pudełko:
— Nie dziękuj mi pan: to z cygar gospodarza.
Był to zwykły jego dowcip.
Nadszedł wreszcie i pan Dellion ze znaczniejszą liczbą gości, którzy, bardziej uprzejmi, pozostali jakiś czas z paniami. Właśnie słuchał on życzliwie pana de Gromance, tłumaczącego mu, jak konieczne jest na polowaniu ścisłe ocenianie odległości.
— Na przykład zając wydaje się na nierównym terenie bardziej oddalony, podczas gdy na gruncie płaskim z odległości przeszło pięćdziesięciu metrów wydaje się, że można jeszcze do niego strzelać. To tłumaczy...
— Panie Peloux — rzekł pan Worms-Clavelin biorąc kij z postumentu — cóż, zagramy partyjkę?