Prefekt Worms-Clavelin grał świetnie w bilard, ale pan prezes Peloux nie ustępował mu w tej sztuce. Skromny rejent normandzki na skutek jakiejś przykrej sprawy z gruntami zmuszony był sprzedać swą kancelarię, lecz został mianowany sędzią w epoce, gdy Republika oczyszczała sądownictwo. Przerzucano go z jednego końca Francji w drugi. W trybunałach, gdzie znajomość prawa niemal zanikała, jego dawna praktyka prawnicza czyniła go pożytecznym, stosunki zaś ministerialne zapewniły mu awans. Ale niejasne pogłoski o jego przeszłości szły za nim wszędzie, świat odmawiał mu szacunku. Przemyślny rozsądek pozwolił mu znieść długotrwałe lekceważenie. Obelgi przyjmował ze spokojem. Pan Lerond, dymisjonowany podprokurator, obecnie adwokat przy sądzie w ***, mawiał o nim do kolegów w kuluarach sądowych: „To człowiek rozumny, który mierzy, jak daleko z jego fotela do ławy oskarżonych”. Jednak ten szacunek ogólny, o który pan Peloux się nie starał i który omijał go dotąd, nagłym zwrotem dziś przyszedł sam. Od dwóch lat sfery sądowe uważały pana prezesa Peloux za szlachetnego sędziego. Podziwiano jego odwagę, gdy, spokojny i uśmiechnięty między dwoma bladymi asesorami, skazał na pięć lat więzienia trzech anarchistów, którzy rozdawali w koszarach odezwy wzywające ludy do braterstwa.
— Dwanaście na cztery — zapowiedział prezes Peloux.
Dzięki długoletniej wprawie, nabytej w cichej kawiarence na zapadłej prowincji, grał jak zawodowiec, zbierał kule w kąciku bilardu, robił całe serie karamboli. Prefekt Worms-Clavelin poczynał sobie w szerszym, wznioślejszym, bardziej hazardowym stylu, w stylu artystycznych kawiarni Montmartre i Clichy. I obwiniając tutejszy stół bilardowy o niepowodzenie swych śmiałych posunięć, skarżył się na twardość band.
— W Tuilière, u mego kuzyna Jakuba — rzekł pan de Terremondre — jest bilard datujący się z czasów Ludwika XV; stoi on w bardzo niskiej, sklepionej sali, bielonej wapnem. Można jeszcze odczytać tam napis: „Uprasza się Jaśnie Panów nie opierać kijów swych o ścianę”. Prośby tej nie słuchano wcale, bo sklepienie usiane jest mnóstwem małych, okrągłych dziurek, których pochodzenie wyjaśnia właśnie ten napis.
Z kilku stron jednocześnie zapytano pana Peloux o szczegóły sprawy w domu królowej Małgorzaty. Zabójstwo wdowy Houssieu poruszyło całą okolicę i wzbudzało ciekawość. Nikomu nie było tajne, że silne poszlaki ciążyły na dziewiętnastoletnim czeladniku rzeźniczym, imieniem Lecoeur; widywano go dwa razy na tydzień, jak z koszykiem na głowie wchodził do domu staruszki. Wiedziano także, że trzymani są pod śledztwem, jako wspólnicy, dwaj terminatorzy tapicerscy w wieku od czternastu do szesnastu lat, i mówiono, że zbrodnia dokonana została w okolicznościach, które czyniły opowiadanie o niej szczególnie drażliwym.
Prezes Peloux, pytany o to, uniósł znad bilardu swą okrągłą, rudą głowę, mrugnął okiem i rzekł:
— Śledztwo jest ukończone. Odtworzono w całości scenę zabójstwa. Nie zdaje mi się, by mogła istnieć jeszcze najmniejsza wątpliwość co do czynów rozpustnych, które poprzedziły zbrodnię i ułatwiły jej spełnienie.
Wziął kieliszek, wypił łyk armaniaku, cmoknął językiem i zawołał:
— Nektar! Aksamit!
I kiedy krąg ciekawych cisnął się do niego dopytując o szczegóły, sędzia po cichu zdradził parę okoliczności, które wzbudziły szmer zdziwienia i pomruki obrzydzenia.