— Nasz archiwista departamentalny, uczony pan Mazure, na strychu prefektury odnalazł niedawno dokumenty odnoszące się do procesu o cudzołóstwo, wytoczonego właśnie w epoce Filipa Tricouillard, w końcu XV wieku, przez Jehana Tabouret przeciwko Sydonii Cloche, jego małżonce. Sydonia zrodziła trojaczki, a imć pan Jehan Tabouret przyznawał się tylko do bliźniąt i utrzymywał, że trzecie dziecko nie jest jego. Twierdził, że nie jest zdolny do spłodzenia więcej niż dwóch istot na raz. I przytaczał dowody oparte na przekonaniu kumoszek, cyrulików i aptekarzy, którzy twierdzili, że normalna budowa człowieka nie może dostarczyć materiału na więcej niż na bliźnięta. Na tej podstawie uznano, że biedna Sydonia widocznie się puściła na boku, za co posadzono ją nagą na ośle, twarzą do ogona, i oprowadzano przez całe miasto do stawu Evés, w którym po trzykroć ją zanurzono. Kary tej nie byłaby poniosła, gdyby jej złośliwy mąż był równie szczodrze uposażony przez matkę Naturę jak nasz zacny Filip Tricouillard.
XVII
Przed boczną furtką domu Rondonneau prefekt obejrzał się na prawo i lewo, czy czasem ktoś go nie śledzi. Podobno mówiono w mieście, iż chodzi na schadzki do domu Rondonneau i że widziano panią Lacarelle wchodzącą za nim do tego domu, zwanego domem Dwóch Satyrów. Gniewało go to bardzo. Miał jeszcze inny powód do niezadowolenia. „Liberał”, który go długo oszczędzał, napadał nań gwałtownie z powodu budżetu departamentalnego. Pismo konserwatywne ganiło go za przenoszenie wydatków z jednej pozycji budżetu na drugą i za ukrycie wydatków na propagandę wyborczą. Prefekt Worms-Clavelin był człowiekiem wypróbowanej uczciwości. Pieniądz wzbudzał w nim szacunek i miłość jednocześnie. Przed „walorami” doświadczał takiego uczucia religijnego lęku, jaki księżyc wzbudza w psach. Miał kult dla bogactwa.
Budżet jego był bardzo przyzwoicie zrównoważony. Oprócz nieprawidłowości, które już się stały prawidłowymi na skutek złej administracji, wspólnej całej Republice, nic karygodnego nie można by w nim znaleźć. Pan Worms-Clavelin wiedział o tym. Czuł się silny w swej uczciwości. Ale niecierpliwiły go polemiki prasy. Niechęć przeciwników i nienawiść partii, które, jak sądził, udało mu się rozbroić, zasmucały jego serce. Cierpiał, że pomimo tylu ofiar nie udało mu się pozyskać szacunku konserwatystów, co w duchu wyżej stawiał niż przyjaźń republikanów. Należało natchnąć „Latarnię” do replik zręcznych i energicznych, prowadzić polemikę żywą, może długą. Ta myśl mąciła głębokie lenistwo umysłu i niepokoiła jego rozwagę, która lękała się każdego czynu jako źródła niebezpieczeństw.
Toteż był w bardzo złym humorze. Sucho zapytał pana Rondonneau, rzucając się na skórzany fotel, czy przyszedł już ksiądz Guitrel. Ksiądz Guitrel jeszcze nie nadszedł. Pan Worms-Clavelin porwał gazetę z biurka jubilera i próbował czytać paląc cygaro. Ale ani polityka, ani dym cygara nie zdołały zatrzeć ciemnych obrazów nagromadzonych w jego duszy. Oczyma czytał, lecz myślał o napaściach „Liberała”: przenoszenie wydatków! „Nie ma pięćdziesięciu osób w mieście, które by wiedziały, co to znaczy. A widzę już wszystkich głupców w departamentach, jak trzęsą głowami i powtarzają poważne zdanie swego dziennika: Z żalem stwierdzić musimy, że pan prefekt nie zerwał z nieznośną i godną potępienia praktyką budżetową”. Popiół z cygara obficie sypał się na kamizelkę, a prefekt myślał dalej: „Czemu napada na mnie «Liberał»? Przeprowadziłem na posła jego kandydata. W moim departamencie jest najwięcej monarchistów ugodowych na urzędach”. Przewrócił stronicę gazety. Myślał dalej: „Nie maskowałem żadnego niedoboru. Sumy przyznane przy otwarciu kredytów nie zostały wydane inaczej, niż przewidziano. Ci ludzie nie znają się na budżetach. I polemizują w złej wierze”. Wzruszył ramionami i ponury, obojętny na popiół cygara pokrywający mu piersi i kolana, pogrążył się w gazetę.
Oczy jego padły na zdanie:
„Dowiadujemy się, że wielki pożar wybuchł na przedmieściu Tobolska. Sześćdziesiąt drewnianych domów stało się pastwą ognia. Przeszło sto rodzin pozostało bez chleba i dachu”.
Czytając to prefekt Worms-Clavelin wydał okrzyk głęboki, coś jakby pomruk triumfalny, i uderzając nogą w biurko jubilera zapytał:
— Rondonneau, powiedz, Tobolsk to jakieś miasto w Rosji, nieprawdaż?
Rondonneau unosząc swą łysą głowę niewiniątka odrzekł, że istotnie Tobolsk jest to miasto w Rosji azjatyckiej.