Amedeusz poszedł do spowiedzi do kościoła Saint-Louis-des-Francais176. Wolał tam niż u Świętego Piotra177, którego ogrom go przytłaczał. Battistino towarzyszył mu, następnie zaprowadził go na pocztę. Jak można było się spodziewać, Tysiącnogi miał tam zauszników. Bilet wizytowy przymocowany do walizy zdradził Battistinowi nazwisko Amedeusza Fleurissoire; oznajmił je Protosowi, ten zaś nie miał najmniejszych trudności z tym, aby dzięki uczynnemu urzędnikowi podjąć list od Arniki, ani też żadnego skrupułu z tym, aby go przeczytać.
— To ciekawe! — wykrzyknął Fleurissoire, kiedy w godzinę później przybył się upomnieć o swoją pocztę. — To ciekawe! Rzekłby ktoś, że otwierano kopertę.
— Tutaj zdarza się to często — rzekł z flegmą Battistino.
Szczęściem, ostrożna Arnika pozwalała sobie jedynie na wielce dyskretne aluzje. List był zresztą krótki; zalecał po prostu, z porady księdza Mure, aby się udać do Neapolu i zobaczyć z kardynałem San-Felice S.B.178 — „zanim się cokolwiek przedsięweźmie”. Trudno było o określenie bardziej mgliste, a tym samym mniej kompromitujące.
IV
Przed Mauzoleum Hadriana, zwanym zamkiem Świętego Anioła, Fleurissoire doznał przykrego zawodu. Olbrzymia masa budynku wznosiła się na wewnętrznym dziedzińcu, wzbronionym publiczności; tam mogły wchodzić jedynie osoby zaopatrzone w bilety wstępu. Było nawet w przepisach, że powinien im towarzyszyć strażnik...
Niewątpliwie, te wygórowane ostrożności potwierdzały podejrzenia Amedeusza; ale równocześnie pozwalały mu zmierzyć szaloną trudność przedsięwzięcia. Pozbywszy się Battistina, błądził tedy po wybrzeżu prawie że pustym o tej wieczornej godzinie, wzdłuż muru, który bronił przystępu do zamku. Posępny i zniechęcony krążył dokoła zwodzonego mostu, po czym oddalał się aż do brzegów Tybru i starał się poprzez pierwsze obwarowanie dojrzeć nieco więcej.
Nie zwrócił dotąd uwagi na księdza (jest ich w Rzymie tylu!) siedzącego opodal na ławce; ów zaś, na pozór zatopiony w brewiarzu179, obserwował go od dawna. Godny ksiądz miał bujne srebrne włosy, a jego młoda i świeża cera, dowód czystego życia, tworzyła kontrast z tym znamieniem starości. Po samej twarzy można by poznać księdza, a po pewnej dystynkcji, która ją cechowała, księdza francuskiego. Kiedy Fleurissoire przechodził po raz trzeci koło ławki, nagle ksiądz wstał, podszedł doń i głosem, który zarywał łkaniem, szepnął:
— Jak to! Ja nie jestem sam! I pan go także szuka!
To mówiąc, ukrył twarz w dłoniach, gdzie jego łkania, zbyt długo powściągane, wybuchły. Potem nagle opamiętując się: