— Może pan coś zdradził swoim zachowaniem się?

— Nic, nic, doprawdy, upewniam pana. Ale dobrze ksiądz robi, że mnie ksiądz ostrzega.

— Do jakiego hotelu pana zaprowadził?

— Nie mieszkam w hotelu, wziąłem umeblowany pokój.

— Pal sześć! Wreszcie, gdzie pan stanął?

— W małej uliczce, której ksiądz z pewnością nie może znać — bredził Fleurissoire nadzwyczaj zmieszany. — Mniejsza o to, nie zostanę tam.

— Niech pan dobrze uważa: jeżeli pan opuści ten dom zbyt prędko, będzie wyglądało, że się pan boi.

— Tak, może. Ma ksiądz rację, lepiej byłoby nie wyprowadzać się od razu.

— Ale jakże ja dziękuję niebu, że pana sprowadziło do Rzymu właśnie dziś! Jeden dzień później, a nie spotkałbym pana. Jutro, nie później niż jutro, muszę jechać do Neapolu widzieć się z ważną i świętą osobistością, która w tajemnicy bardzo się zajmuje tą sprawą.

— Byłżeby to kardynał San-Felice? — spytał Fleurissoire, drżąc ze wzruszenia.