Zdumiony ksiądz cofnął się dwa kroki w tył.
— Skąd pan to wie? — Po czym, zbliżając się: — Ale czemu ja się dziwię? On jeden w Neapolu jest wtajemniczony w to, co nas zaprząta.
— Ksiądz... zna go dobrze?
— Czy go znam! Ach, drogi panie, to jemu zawdzięczam... Ale mniejsza. Pan miał zamiar go odwiedzić?
— Bez wątpienia, jeżeli trzeba.
— To najlepszy człowiek... (Nagłym ruchem otarł kącik oka). Oczywiście, pan wie, gdzie go znaleźć.
— Byle kto potrafi mnie objaśnić, przypuszczam. W Neapolu każdy go zna.
— Z pewnością! Ale nie ma pan chyba zamiaru wtajemniczać całego Neapolu w swoją wizytę. Niepodobna zresztą, aby pana powiadomiono o jego udziale w... tym, co wiemy, i aby może powierzono panu jakieś poselstwo, nie pouczywszy pana równocześnie o sposobie dostania się do kardynała.
— Daruje pan... — rzekł nieśmiało Fleurissoire, któremu Arnika nie przesłała żadnej w tej mierze wskazówki.
— Jak to! Pan miał zamiar po prostu tak udać się do niego? Może do konsystorza181! — ksiądz zaczął się śmiać. — I wygarnąć mu wszystko bez ogródek!