— Wyznaję, że...
— Ale czy pan wie, drogi panie — odparł tamten surowym tonem — czy pan wie, że pan narażał go na to, że jego samego mogą uwięzić?
Ksiądz zdradzał niezadowolenie tak żywe, że Fleurissoire nie śmiał mówić.
— Sprawa tak poważna, powierzona ludziom tak lekkomyślnym! — mruczał Protos, który wyjął z kieszeni koniec różańca, potem schował go, potem przeżegnał się gorączkowo, potem zwracając się do towarzysza, rzekł:
— Ależ wreszcie, proszę pana, kto pana prosił o to, aby się pan mieszał w tę sprawę? Od kogo ma pan instrukcje?
— Przepraszam, ojcze, nie dostałem instrukcji od nikogo, jestem biedna dusza pełna niepokoju, która szuka na własną rękę.
Te pokorne słowa rozbroiły widocznie księdza; wyciągnął do Amedeusza rękę.
— Mówiłem do pana szorstko... ale bo też otaczają nas takie niebezpieczeństwa! — Po czym, po krótkim wahaniu: — Ot, wiesz pan! Czy chce pan jechać ze mną jutro? Pójdziemy razem do mego przyjaciela... — I podnosząc oczy do nieba, dodał skupionym tonem: — Tak, śmiem go nazwać swoim przyjacielem. Siądźmy na chwilę na tej ławce. Napiszę słówko, które podpiszemy obaj, uprzedzimy go o swojej wizycie. Skoro wrzucimy na poczcie przed szóstą (przed osiemnastą, jak to oni tu mówią), dostanie jutro rano i będzie gotów przyjąć nas koło południa; nawet z pewnością będziemy z nim mogli zjeść śniadanie.
Siedli. Protos wyjął z kieszeni notatnik i na czystej kartce papieru zaczął pod osłupiałym wzrokiem Amedeusza:
Mój stary...