Po czym, ubawiony zdumieniem towarzysza, uśmiechnął się bardzo spokojnie:
— Zatem pan, gdyby panu pozwolić, byłby napisał jako do kardynała?
I przyjaźniejszym tonem raczył objaśnić Amedeusza. Raz na tydzień kardynał San-Felice opuszcza potajemnie konsystorz w stroju prostego księdza, staje się kapelanem Bardolotti, udaje się na stoki Vomero i w skromnej willi przyjmuje paru bliskich oraz sekretne listy, jakie wtajemniczeni adresują doń pod tym fałszywym nazwiskiem. Ale nawet pod tym grubym przebraniem nie czuje się bezpieczny; nie jest bardzo pewny, czy owych listów, które dochodzą doń przez pocztę, ktoś nie otwiera, toteż błaga, aby nie pisać w liście nic podejrzanego, aby w tonie nic nie zdradziło jego dostojeństwa, nie oddychało w najlżejszej mierze szacunkiem.
Teraz, kiedy już znał sekret, Amedeusz uśmiechnął się również.
— „Mój stary...” No i co, cóż my powiemy temu kochanemu chłopu? — żartował ksiądz, wahająco trzymając ołówek. — A! „Przywożę ci tęgiego182 zucha”. (Owszem, owszem zostaw pan: ja wiem, jakiego tonu trzeba!) „Wyjmij butelczynę falerna183 albo dwie, jutro przybędziemy wydoić je razem. Pofiglujemy sobie”. O, niech pan też podpisze.
— Lepiej byłoby może, żebym nie kładł prawdziwego nazwiska.
— Pańskie nazwisko nie ma tu znaczenia — rzekł Protos, który obok nazwiska Fleurissoire napisał: „Cave”.
— Och, bardzo sprytnie!
— Co? To pana dziwi, że ja podpisuję tym nazwiskiem: „Cave”? Pan masz w głowie tylko lochy Watykanu184. Dowiedz się, dobry panie Fleurissoire, że Cave to jest słowo łacińskie, które znaczy: „Strzeż się!”
Wszystko to było powiedziane tonem tak despotycznym i niezwykłym, że biedny Amedeusz uczuł dreszcz w krzyżach. Trwało to tylko chwilę, ksiądz Cave już odzyskał poprzednią uprzejmość. Podając Amedeuszowi kopertę, na której napisał sekretny adres kardynała, rzekł: