— Czy możliwe, żeby w arcybiskupstwie...

— Cyt! Bez wielkich słów! To pachnie dla nas stryczkiem. Nie zapominaj pan, że mówisz do kapelana Ciro Bardolotti.

— Jestem na ich łasce — jęczał Ciro.

I Protos, pochylając się przez stół, o który wsparty był łokciami:

— Gdybym mu powiedział, że pana nie zostawiają samego ani na godzinę we dnie ani w nocy!

— Tak, jakkolwiek bym się przebrał — odparł rzekomy kardynał — nigdy nie jestem pewny, czy jakaś tajna policja nie depce mi po piętach.

— Jak to! Wiedzą tutaj, kim pan jest?

— Nie rozumie pan — rzekł Protos. — Jest pan, mówię to w obliczu Boga, jedynym bodaj, który może się chlubić stwierdzeniem pewnego podobieństwa pomiędzy kardynałem San-Felice a skromnym kapelanem Bardolotti. Ale niech pan to zrozumie: każdy z nich dwu ma innych wrogów, i podczas gdy kardynał musi się bronić przed masonami, kapelan Bardolotti śledzony jest przez...

— Jezuitów!... — przerwał rozpaczliwie kapelan.

— Tego mu jeszcze nie mówiłem — dodał Protos.