— A! Jeżeli mamy i jezuitów przeciw sobie! — zaszlochał Fleurissoire. — Ale kto by to przypuszczał? Jezuitów! Czy pan jest pewny?

— Zastanów się pan trochę; wówczas wyda ci się to zupełnie naturalne. Zrozum pan, że ta nowa polityka Stolicy Apostolskiej, z gruntu pojednawcza, ustępliwa, musi się im podobać i że ostatnie encykliki są im bardzo na rękę. Może nie wiedzą, iż papież, który je wydaje, nie jest prawdziwy, ale byliby w rozpaczy, gdyby się zmienił.

— Jeżeli pana dobrze rozumiem — podjął Fleurissoire — jezuici byliby w tej sprawie sprzymierzeńcami masonów.

— Skąd pan to wziął?

— Ależ to, co pan Bardolotti zdradził mi w tej chwili...

— Niechże go pan nie pomawia o gadanie głupstw.

— Daruje pan, ja się tak mało rozumiem na polityce.

— Dlatego niech pan nie szuka więcej, niż się panu mówi. Dwa wielkie stronnictwa stoją naprzeciw siebie: Loża i Towarzystwo Jezusowe; że zaś my, będący w tajemnicy, nie możemy bez zdradzenia się żądać poparcia ani od jednego, ani od drugiego, mamy ich wszystkich przeciw sobie.

— Hę! Co pan o tym myśli? — spytał kardynał.

Fleurissoire nie myślał już nic: był kompletnie oszołomiony.