— Ha! Domyślałem się tego.
— Wszystko każe mi się obawiać — ciągnął Fleurissoire — że osoba, która mnie wtajemniczyła w sprawę, sama padła ofiarą działań tego bandyty.
— To by mnie nie dziwiło — rzekł Protos.
— Widzi pan teraz — podjął Bardolotti — jak bardzo nasze położenie jest trudne, między hultajami, którzy obejmują naszą rolę, a policją, która chcąc ich pochwycić, łatwo może nas wziąć za nich.
— To znaczy — jęknął Fleurissoire — że człowiek nie wie już, czego się trzymać; wszędzie widzę same niebezpieczeństwa.
— Zdziwi może potem pana nadmiar naszych ostrożności? — rzekł Bardolotti.
— I zrozumie pan — ciągnął Protos — że nie wahaliśmy się chwilami przybrać liberii grzechu i udać niejaką ochotę wobec najgrzeszniejszych uciech.
— Ach! — westchnął Fleurissoire. — Panowie przynajmniej ograniczacie się do komedii; jeżeli udajecie grzech, to dla ukrycia swoich cnót. Ale ja...
Ponieważ opary wina mieszały się z mgłami smutku, a czkawka pijaństwa z łkaniem, Fleurissoire, pochylony w stronę Protosa, zaczął zwracać śniadanie, a potem mętnie opowiedział wieczór z Karolą i stratę swego dziewictwa. Bardolotti i ksiądz Cave z trudem powstrzymywali się, aby nie parsknąć śmiechem.
— Ale, mój synu, wyspowiadałeś się? — spytał pieczołowicie kardynał.