— Nazajutrz rano.
— Ksiądz dał ci rozgrzeszenie?
— O wiele za łatwo. I właśnie to mnie dręczy... Ale czy mogłem mu wyznać, że nie ma do czynienia ze zwykłym pielgrzymem? Czy mogłem zdradzić, co mnie przywiodło do tego miasta?... Nie, nie! Już przepadło: ta wzniosła misja wymagała sługi bez skazy. Upadłem!
I na nowo chwycił go szloch. Bijąc się w piersi, powtarzał: „Nie jestem już godny! Nie jestem już godny!” — po czym znów rozpoczynał swoją melopeę201: — Och, wy, którzy mnie słuchacie teraz i którzy znacie moją rozpacz, sądźcie mnie, potępcie mnie, skażcie mnie... Powiedzcie mi, jaka nadzwyczajna pokuta obmyje mnie z tej niezmiernej zbrodni? Jaka kara?
Protos i Bardolotti patrzyli na siebie. W końcu rzekomy kardynał, wstając, zaczął klepać Amedeusza po ramieniu.
— No, no, mój synu. Nie trzeba się tak poddawać. Więc dobrze, tak, zgrzeszyłeś. Ale cóż, u diabła, i tak jesteś nam potrzebny. (Jesteś cały upaćkany, weź tę serwetkę, otrzyj się!) Mimo to rozumiem twoje cierpienie i skoro odwołujesz się do nas, wskażemy ci sposób pokuty. (Źle to robisz. Pozwól, niech ci pomogę).
— Och, niech pan sobie nie zadaje trudu. Dziękuję! Dziękuję — mamrotał Fleurissoire, a Bardolotti, czyszcząc go, ciągnął:
— Bądź co bądź rozumiem twoje skrupuły i aby je uszanować, dam ci na początek cichą funkcję, która da ci sposobność podniesienia się, wystawiając twoje poświęcenie na próbę.
— Oto właśnie, czego pragnę.
— Słuchaj, księże Cave, czy masz przy sobie ten niewielki czek?