— To u fryzjera.
— Powinien byś coś przyłożyć na to.
Troskliwość jej usunęła ostatnie wątpliwości; to, co mu powiedziała zrazu, było jedynie dla uspokojenia go; i już Amedeusz widział swoją twarz i ciało zjedzone wrzodami, przedmiot ohydy dla Arniki; oczy jego napełniły się łzami...
— Więc ty myślisz... że...
— Ależ nie, kotuśku, nie trzeba się tak przejmować; wyglądasz jak karawaniarz. Po pierwsze, gdyby to było to, jeszcze by nie można nic wiedzieć.
— Owszem, owszem... Och, słusznie mnie to spotyka! Słusznie mnie to spotyka!... — powtarzał.
Rozczuliła się.
— A potem, to nigdy się tak nie zaczyna; chcesz, żebym zawołała naszą panią, żeby ci powiedziała...? Nie? Więc słuchaj, powinien byś wyjść na miasto, rozerwać się, wypić kieliszek marsali205. — Przez chwilę milczała. W końcu, nie mogąc wytrzymać: — Słuchaj — rzekła — mam z tobą pomówić o rzeczach poważnych. Czyś ty nie spotkał wczoraj jakiegoś księdza z siwymi włosami?
Jak ona mogła o tym wiedzieć? Zdumiony Fleurissoire spytał:
— Czemu?