— No bo... — Wahała się jeszcze; popatrzyła na niego, ujrzała, że pobladł, i ciągnęła jednym tchem: — No więc, miej się przed nim na baczności. Wierz mi, moja ptaszyno, on cię oskubie. Nie powinna bym ci tego mówić, ale... miej się przed nim na baczności.
Amedeusz gotował się wyjść, do głębi wstrząśnięty ostatnimi jej słowami; był już na schodach, kiedy go zawołała:
— A zwłaszcza, jeśli go zobaczysz, nie mów mu, że ja ci coś mówiłam. Bo to byłoby tak, jakbyś mnie chciał zabić.
Życie stawało się stanowczo zbyt skomplikowane dla Amedeusza. W dodatku nogi miał zimne, czoło rozpalone, całkowity chaos w głowie. Jak teraz zgadnąć, czy sam ksiądz Cave nie jest po prostu nabieraczem?... W takim razie może i kardynał?... Ale przecie ten czek! Wyjął papier z kieszeni, obmacał go, upewnił się o jego rzeczywistości. Nie, nie, to nie było możliwe. Karola musiała się mylić. A potem, co ona może wiedzieć o tajemniczych sprawach, które kazały biednemu Cave prowadzić podwójną grę? Bez wątpienia, trzeba w tym widzieć raczej jakąś nędzną zemstę Battistina, przed którym właśnie dobry ksiądz kazał mu się strzec... Mniejsza! Będzie miał odtąd oczy jeszcze szerzej otwarte: będzie się strzegł księdza Cave, tak jak już się strzegł Battistina; a kto wie, może i Karola jest?...
„Oto — powiadał sobie — zarazem następstwo i dowód tego pierwszego błędu, tego zachwiania się Stolicy Apostolskiej; naraz wszystko się wali. Komu ufać, jeśli nie papieżowi? A z chwilą gdy się chwieje ten kamień węgielny, na którym spoczywał Kościół, nic nie zasługuje na to, aby było prawdą”.
Amedeusz szedł spiesznie drobnymi krokami w kierunku poczty, spodziewał się zastać jakieś uczciwe nowiny z domu, na których mogłoby wreszcie wytchnąć jego znużone zaufanie. Lekka mgła poranna i obfite światło, w którym każdy przedmiot zmienił się w opar i tracił swą realność, wzmagały jeszcze jego zamęt; posuwał się jak we śnie, wątpiąc o trwałości ziemi, murów, o rzeczywistym istnieniu przechodniów, których mijał; wątpiąc zwłaszcza o swojej obecności w Rzymie... Szczypał się wówczas, aby się wyrwać ze złego snu, aby się odnaleźć w Pau, w swoim łóżku, koło Arniki, która już wstała i która, swoim zwyczajem, pochylona nad nim, miała go wreszcie spytać: „Czy dobrze spałeś, mój drogi?”
Na poczcie urzędnik poznał go i nie robił trudności z oddaniem nowego listu od małżonki.
...Dowiaduję się od Walentyny de Saint-Prix — pisała Arnika — że Julius jest także w Rzymie z powodu jakiegoś kongresu. Jak ja się cieszę na myśl, że ty go możesz spotkać! Na nieszczęście, Walentyna nie mogła mi podać jego adresu. Przypuszcza, że stanął w Grand Hotelu, ale nie jest pewna. Wie tylko, że ma być przyjęty w Watykanie we czwartek rano: napisał zawczasu do kardynała Pazzi, aby uzyskać audiencję. Przybywa z Mediolanu, gdzie widział Antyma, który jest bardzo nieszczęśliwy, ponieważ nie może otrzymać tego, co mu Kościół przyrzekł po jego sprawie; dlatego Julius chce się udać do Ojca Świętego, aby prosić o sprawiedliwość, bo oczywiście on nie wie nic jeszcze. Opowie ci swoją wizytę, wówczas będziesz go mógł oświecić.
Mam nadzieję, że uważasz na siebie w razie niepogody i że się nie męczysz zbytnio. Gaston zachodzi do mnie co dzień, brakuje nam ciebie bardzo. Jaka ja będę rada, kiedy już zapowiesz swój powrót... etc.
Po czym, skreślone w poprzek ołówkiem na czwartej stronicy, kilka słów Blafaphasa: