Jeżeli będziesz w Neapolu, powinien byś się wywiedzieć, w jaki sposób oni robią dziurkę w makaronie. Jestem na drodze nowego odkrycia.
Serce Amedeusza zalała promienna radość, pomieszana z niejakim zakłopotaniem: ów czwartek, dzień audiencji, to było właśnie dziś. Nie śmiał oddać rzeczy do prania i zabraknie mu bielizny. Przynajmniej obawiał się tego. Włożył tego rana wczorajszy kołnierzyk, który wydał mu się nagle nie dość czysty, z chwilą gdy się dowiedział, że może spotkać Juliusa. To mu zmąciło radość zrodzoną z tej możliwości. O tym, aby wrócić na ulicę dei Vecchierelli, ani myśleć, o ile chciał spotkać szwagra tuż po audiencji; a to go mniej onieśmielało niż odwiedzić go w Grand Hotelu. Tyle bodaj zrobił, że odwrócił mankiety; co się tyczy kołnierzyka, zasłonił go fularem, co dawało poza tym tę korzyść, iż skrywało prawie zupełnie jego pryszcz.
Ale co znaczyły te drobiazgi? Faktem było, że Fleurissoire uczuł się niezmiernie skrzepiony tym listem i że perspektywa odzyskania kontaktu ze swymi bliskimi, ze swoim poprzednim życiem, spędziła nagle na ich właściwe miejsce potwory spłodzone wyobraźnią podróżnika. Karola, ksiądz Cave, kardynał, wszystko to bujało przed nim niby sen przerwany nagle pianiem koguta. Po co on opuścił Pau? Co znaczyła ta niedorzeczna bajka, która zmąciła jego szczęście? Do kata! Jest papież; i za kilka chwil Julius będzie mógł oświadczyć: „Widziałem go!” Jest papież, i to wystarczy. Czy Bóg mógł uprawnić tę potworną substytucję206, w którą on, Fleurissoire, z pewnością nie byłby uwierzył bez tej głupiej pychy, żądnej odegrać jakąś rolę w tej sprawie?
Amedeusz szedł śpiesznymi drobnymi krokami, ledwie mógł się powstrzymać, aby nie zacząć biec. Odzyskiwał wreszcie zaufanie, podczas gdy wszystko dokoła niego odzyskiwało uspokajającą wagę, miarę, naturalną pozycję i wiarygodną rzeczywistość. Trzymał w ręce swój słomkowy kapelusz; kiedy przybył przed bazylikę, ogarnęło go tak szlachetne upojenie, że zaczął od obchodzenia wkoło fontanny po prawej; przechodząc pod wietrzykiem wodotrysku, wystawiał czoło na wilgoć, uśmiechał się do tęczy.
Naraz zatrzymał się. Tuż koło niego, siedzący na podmurowaniu czwartego filara kolumnady, czyż to nie był Julius? Fleurissoire wahał się jeszcze: o ile bowiem strój tej osobistości był przyzwoity, o tyle jej zachowanie się było mniej przyzwoite: hrabia de Baraglioul zawiesił kapelusz z czarnej słomki tuż obok siebie na zakrzywionym dziobie laski, wetkniętej między kamienie, i zgoła nie troszcząc się o dostojeństwo miejsca, z prawą nogą opartą na lewym kolanie, niby jaki prorok z Sykstyny207, trzymał na prawym kolanie kajet; chwilami, opuszczając nagle na karty papieru wysoko podniesiony ołówek, pisał, tak wyłącznie wsłuchany w dyktat nagłego natchnienia, że Amedeusz byłby mógł tuż przy nim fikać koziołki, a Julius nie spostrzegłby tego. Pisząc, mówił; szmer fontanny pokrywał dźwięk jego słów, ale widać było, że wargi się poruszają.
Amedeusz zbliżył się, okrążając dyskretnie filar. Kiedy miał trącić szwagra w ramię, Julius wygłosił te słowa:
— A w takim razie cóż nas to obchodzi! — Zapisał te słowa u dołu stronicy w karnecie, po czym schował ołówek i wstając, nagle uderzył nosem w Amedeusza.
— Na Ojca Świętego, co ty tu robisz?
Amedeusz, drżąc ze wzruszenia, bełkotał niezdolny nic powiedzieć; ściskał konwulsyjnie rękę Juliusa w obu dłoniach. Tymczasem Julius przyglądał mu się.
— Mój biedny Amedeuszu, jak ty wyglądasz!