Stanowczo Opatrzność licho spowinowaciła Juliusa: z dwóch szwagrów, którzy mu zostali, jeden kroił na bigota, drugi był niedorajdą. Od niespełna trzech lat, przez które nie widział Amedeusza, uważał, że szwagier postarzał się więcej niż o dwanaście lat: policzki mu zapadły, grdyka wystąpiła na wierzch; amarantowy fular podkreślił jeszcze jego bladość, podbródek jego drżał, wypukłe oczy toczyły się w sposób, który miał być patetyczny, a był tylko pocieszny. Ze swojej wczorajszej podróży Fleurissoire przywiózł tajemniczą chrypkę, tak iż słowa jego szły jakby z daleka. Pochłonięty swoją myślą, rzekł:
— Zatem widziałeś go?
— Kogo? — zapytał Julius pochłonięty znowuż swoją.
Owo „kogo” zabrzmiało w Amedeuszu niby dzwon pogrzebowy, niby bluźnierstwo. Dodał dyskretnie:
— Sądziłem, że wychodzisz z Watykanu?
— W istocie, daruj mi: już o tym nie myślałem... Gdybyś wiedział, co mi się zdarzyło!
Oczy jego błyszczały, zdawało się, że wytryśnie z samego siebie.
— Och, proszę — błagał Fleurissoire — powiesz mi to później; mów mi najpierw o swojej wizycie. Tak pragnąłbym wiedzieć...
— To cię interesuje?
— Niebawem zrozumiesz, do jakiego stopnia. Mów, mów, błagam!