— No więc cóż, jest tak! — zaczął Julius, ujmując za ramię Amedeusza i ciągnąc go daleko od Świętego Piotra. — Słyszałeś może, w jakiej nędzy pogrążyło naszego Antyma jego nawrócenie: na próżno oczekuje jeszcze tego, co mu przyrzekł Kościół w nagrodę tego, co mu wydarli masoni. Wykierowano Antyma, trzeba to przyznać... Mój drogi, weźmiesz całą tę rzecz, jak zechcesz; co do mnie, uważam ją za kompletną farsę; ale bez tego nie orientowałbym się może równie jasno w tym, co nas zajmuje dzisiaj i o czym pilno mi z tobą pomówić. Oto problem: „istota niekonsekwentna”, to wiele powiedziane... i z pewnością ta pozorna niekonsekwencja kryje konsekwencję subtelniejszą i ukrytą; najważniejsze jest, aby to, co owej istocie każe działać, nie było już jedynie prostą grą interesu lub — jak wy powiadacie zazwyczaj — aby nie podlegała interesownym motywom.
— Niedobrze cię rozumiem — rzekł Amedeusz.
— To prawda: wybacz mi, oddaliłem się od swojej wizyty. Postanowiłem tedy wziąć w ręce sprawę Antyma... Och, mój drogi, gdybyś był widział jego mieszkanie w Mediolanie! „Nie możesz tutaj zostać” — rzekłem mu natychmiast. I kiedy myślę o tej nieszczęśliwej Weronice! Ale on kieruje się na ascetę, na kapucyna; nie pozwala, aby go żałować, ani zwłaszcza, aby obwiniać kler! „Mój drogi — rzekłem mu jeszcze — godzę się, że wysoki kler może nie jest winny, ale w takim razie nie jest dobrze poinformowany. Pozwól, abym go oświecił”.
— Sądziłem, że kardynał Pazzi... — wtrącił Fleurissoire.
— Owszem. To się nie udało. Rozumiesz, ci wysocy dygnitarze, każdy boi się zaangażować; aby poruszyć sprawę, trzeba było kogoś, kto by nie był zainteresowany; na przykład mnie. Bo podziwiaj sposób, w jaki dokonuje się odkryć, i to odkryć najważniejszych: można by przypuszczać, że to nagłe objawienie, a w gruncie nie przestawało się o tym myśleć. W ten sposób od dawna już niepokoiłem się zarazem nadmiarem logiki moich figur i ich niedostateczną determinacją.
— Obawiam się — rzekł łagodnie Amedeusz — że ty się znów oddalasz...
— Bynajmniej — odparł Julius — to ty nie idziesz za moją myślą. Krótko mówiąc, postanowiłem przedłożyć suplikę samemu Ojcu Świętemu i zaniosłem mu ją dziś rano.
— No i co? Powiedz prędko: widziałeś go?
— Mój drogi Amedeuszu, jeżeli będziesz wciąż przerywał... Otóż nie wyobrażasz sobie, jak go jest trudno zobaczyć.
— Myślę! — rzekł Amedeusz.