— Co powiadasz?
— Zaraz, powiem później.
— Przede wszystkim musiałem się całkowicie wyrzec zamiaru wręczenia papieżowi supliki. Trzymałem ją w ręku — ot, taki sobie skromny rulonik papieru; ale już w drugim przedpokoju (albo w trzecim, nie pamiętam dobrze) wielki drab, ubrany czarno i czerwono, zabrał mi ją grzecznie.
Amedeusz zaczął się cicho śmiać, jak ktoś dobrze poinformowany, który wie to, co wie.
— W następnym przedpokoju odebrano mi kapelusz, który położono na stole. W piątym i szóstym, gdzie czekałem długo w towarzystwie dwóch dam i trzech prałatów, jakiś szambelan przyszedł po mnie i zaprowadził mnie do sąsiedniej sali, gdzie, skorośmy się znaleźli w obliczu Ojca Świętego (nie zdałem sobie od razu sprawy, że siedzi na czymś w rodzaju tronu, pod baldachimem), skłonił mnie, abym przypadł do ziemi, co też uczyniłem, tak że odtąd już nie widziałem papieża.
— Nie byłeś przecież tak długo pochylony ani z twarzą tak nisko, abyś nie mógł...
— Mój drogi Amedeuszu, dobrze ci mówić; czy nie wiesz, do jakiego stopnia oślepia nas szacunek? I poza tym, żem nie śmiał podnieść głowy, jakiś majordomus208, mający w ręce coś w rodzaju linijki, za każdym razem, kiedym zaczynał mówić o Antymie, uderzał mnie lekko po karku, co sprawiało, żem się pochylał na nowo.
— Ale przynajmniej ON mówił do ciebie.
— Tak, o mojej książce, przyznając się, że jej nie czytał.
— Mój drogi Juliusie — podjął Amedeusz po chwili milczenia — to, co mi mówisz, jest rzeczą niezmiernej wagi. Tak więc, nie widziałeś go, i z całego opowiadania wnoszę, że jest niezmiernie trudno widzieć go. Ach, wszystko to potwierdza, niestety, najokrutniejsze obawy. Juliusie, muszę ci powiedzieć teraz... ale chodź tędy, ta ulica taka ludna...