Pociągnął szwagra w opustoszałe prawie vicolo209; Julius, raczej rozbawiony, dał się prowadzić.

— To, co ci zwierzę, jest tak poważne... Zwłaszcza nic nie zdradzaj twarzą. Niech się wydaje, że rozmawiamy o rzeczach obojętnych, ale przygotuj się usłyszeć coś straszliwego. Juliusie, drogi Juliusie, ten, którego widziałeś dziś rano...

— Którego nie widziałem, chcesz powiedzieć.

— Właśnie... nie jest prawdziwy.

— Jak powiadasz?

— Powiadam, że nie mogłeś widzieć papieża z tej potwornej przyczyny, że... wiem to z tajnego i pewnego źródła, prawdziwy papież jest skonfiskowany.

Ta zdumiewająca rewelacja wywarła na Juliusie efekt zgoła nieoczekiwany: puścił nagle ramię Amedeusza i biegnąc przodem na przełaj przez vicolo, krzyczał:

— Och, nie! Och, nie! Coś takiego, doprawdy, ha! ha! ha!

Po czym, zbliżając się do Amedeusza, wołał:

— Jak to! Osiągam z wielkim trudem tyle, że sobie wybijam z głowy to wszystko; przekonywam się, że nie można z tej strony niczego oczekiwać, niczego się spodziewać, niczego przypuszczać; że Antyma wystrychnięto na dudka, że nas wszystkich wystrychnięto na dudków, że to są po prostu aptekarze i że nie pozostaje nic, tylko się uśmiać z tego wszystkiego! Więc tak! Wyzwalam się; i ledwom się pocieszył, ty mi powiadasz: „Stop! Jest maldonne210, zaczynaj na nowo!” Och, nie, do kroćset; och, nie, nigdy! Mam dość, wystarczy. Jeżeli ten nie jest prawdziwy, trudno, tym gorzej.