Fleurissoire osłupiał.
— Ależ... — powiadał — Kościół... — Żałował, że chrypka nie pozwala mu rozwinąć wymowy. — Ale jeżeli sam Kościół oszukano?
Julius stanął bokiem do szwagra, na wpół zatarasowując mu drogę, po czym, niezwykłym u siebie, drwiącym i stanowczym głosem rzekł:
— Więc co? I co–cię–to–ob–cho–dzi?
Wówczas Amedeusza przeszyła wątpliwość; wątpliwość nowa, poczwarna, okrutna i mglista lęgnąca się na dnie jego niepokoju: Julius, sam Julius, ten Julius, z którym mówi, Julius, którego się czepiało jego oczekiwanie i jego zwątpienie; ten Julius również nie jest prawdziwym Juliusem.
— Jak to, i ty tak mówisz, ty, na którego liczyłem, ty, Julius, hrabia de Baraglioul, którego pisma...
— Nie mów mi o moich pismach, proszę cię. To, co mi o nich powiedział dziś rano twój papież — prawdziwy czy fałszywy — całkowicie mi wystarcza. I mam pewną nadzieję, że dzięki memu odkryciu następne będą lepsze. Bo pilno mi pomówić z tobą o rzeczach serio. Zjesz ze mną śniadanie, prawda?
— Chętnie, ale pożegnam cię wcześnie. Czekają mnie dziś wieczór w Neapolu w sprawach, o których ci opowiem. Nie prowadzisz mnie do Grand Hotelu, mam nadzieję.
— Nie, pójdziemy do „Colonny”.
Julius również nie miał ochoty, aby go widziano w Grand Hotelu w towarzystwie takiego łachmana jak Fleurissoire; ów zaś, czując się blady i zmieniony, cierpiał już od pełnego światła, w którym posadził go szwagier przy stoliku restauracyjnym, wprost siebie i pod swoim badawczym spojrzeniem. Gdyby jeszcze to spojrzenie szukało jego oczu; ale nie, czuł, jak się ono kieruje poprzez wiśniowy fular ku wstydliwemu miejscu na szyi, gdzie kwitła podejrzana krostka. I podczas gdy garson211 podawał przystawki, Baraglioul rzekł: