— Nie jest pan wybredny.
— Chcę powiedzieć: bardziej niż w Paryżu.
— To egzotyzm; ale jeżeli pan jest przy apetycie...
— Lafcadio, takie rozmowy są między nami nie na miejscu.
Julius chciał przybrać surową minę, ale zdołał się tylko skrzywić, po czym podjął:
— Jak widzisz, jestem bardzo podniecony. Znajduję się w zwrotnym punkcie swojego życia. Głowę mam w ogniu, czuję w całym ciele jakiś wstrząs, jak gdybym miał się zmienić w parę. Od trzech dni, odkąd jestem w Rzymie, ściągnięty tu kongresem socjologicznym, brnę ze zdumienia w zdumienie. Twoje przybycie dobiło mnie. Nie wiem już, gdzie jestem.
Chodził wielkimi krokami, zatrzymał się przy stole, wziął flakon, nalał na chustkę strumień wonnego płynu, przyłożył kompres do czoła, przytrzymał go.
— Mój młody przyjacielu... pozwolisz, że cię tak nazwę... Zdaje mi się, że mam w garści moją nową książkę! Sposób — mimo iż dość drastyczny — w jaki wyrażałeś się w Paryżu o Tchu wyżyn, pozwala mi przypuszczać, że nie będziesz na nią obojętny.
Nogi jego wykonały rodzaj piruetu, chustka spadła na ziemię; Lafcadio schylił się, aby ją podnieść, i podczas gdy się schylał, uczuł, jak ręka Juliusa lekko kładzie się na jego ramieniu, tak jak to zrobiła niegdyś ręka starego Justusa Agenora. Lafcadio podniósł się z uśmiechem.
— Bardzo niedawno cię znam — rzekł Julius — ale dzisiaj nie waham się mówić do ciebie jak do...