Urwał.
— Słucham pana jak brat, panie de Baraglioul — odparł Lafcadio ośmielony — skoro pan raczy mi to proponować.
— Widzisz, Lafcadio, w środowisku, w którym żyję w Paryżu, wśród wszystkich tych, z którymi przestaję: światowców, księży, literatów, akademików242, nie znajduję, prawdę mówiąc, nikogo, z kim bym mógł pomówić; chcę powiedzieć, komu bym mógł powierzyć nowe myśli, które mnie pochłaniają. Bo muszę ci się przyznać, że od naszego pierwszego spotkania mój punkt widzenia całkowicie się zmienił.
— A, to tym lepiej — rzekł impertynencko Lafcadio.
— Nie uwierzyłbyś, ty, który nie należysz do cechu, jak dalece błędna etykieta tamuje swobodny rozwój zdolności twórczych. Toteż nic nie ma odleglejszego od moich dawnych powieści niż to, co obmyślam teraz. Wymagałem od swoich figur logiki i konsekwencji i aby ją im zapewnić tym skuteczniej, wymagałem jej najpierw od samego siebie; to nie było naturalne. Raczej decydujemy się okaleczyć samych siebie niż być niepodobni do własnego portretu, który stworzyliśmy sobie kiedyś; to idiotyczne; tak czyniąc, ryzykujemy, że możemy sfałszować to, co najlepsze.
Lafcadio wciąż się uśmiechał, oczekując, do czego Julius zmierza, i z rozbawieniem poznając odległe echa ich pierwszej rozmowy.
— Cóż ci powiem, Lafcadio? Pierwszy raz widzę przed sobą wolne pole... Czy rozumiesz, co znaczą te słowa: wolne pole?... Powiadam sobie, że już było wolne; powtarzam sobie, że jest nim wciąż i że dotąd wiązały mnie jedynie nieczyste względy: kariera, publiczność, wzgląd na niewdzięcznych sędziów, od których poeta daremnie oczekuje nagrody. Odtąd buduję już tylko na sobie. Odtąd oczekuję wszystkiego jedynie od siebie; oczekuję wszystkiego od szczerego człowieka; i żądam wszystko jedno czego, skoro równocześnie przeczuwam obecnie w sobie najdziwniejsze możliwości. Ostatecznie, to tylko na papierze, odważę się więc dać im swobodny bieg. Zobaczymy!
Oddychał głęboko, odrzucał głowę w tył, podnosił łopatkę nieomal tak, jakby to już było skrzydło, jak gdyby go już dławiły nowe wzruszenia. Mówił bezładnie, ciszej:
— I skoro ci panowie z Akademii mnie nie chcą, dostarczę im niebawem słusznych powodów odtrącenia mnie; bo dotąd ich nie mieli. Nie mieli ich.
Przy skandowaniu ostatnich słów głos jego stał się nagle niemal ostry; urwał, po czym ciągnął spokojniej: