Tymczasem Lafcadio wstał; podniósł gazetę, którą Julius upuścił, i obracając kartkę, rzekł:

— Widzę, że pan nie przeczytał „Ostatniej chwili”: ten zbrodniarz właśnie nie wziął sześciu tysięcy franków — rzekł Lafcadio możliwie najspokojniej. — O, niech pan czyta: „To zdaje się wskazywać, że zbrodnia nie miała za pobudkę kradzieży”.

Julius chwycił gazetę, którą mu podawał Lafcadio, przeczytał chciwie, po czym przesunął ręką przez oczy; usiadł, wstał gwałtownie, stanął nad Lafcadiem i chwytając go za obie ręce, krzyczał:

— Nie miała za pobudkę kradzieży! — I jakby w uniesieniu potrząsnął Lafcadiem jak wściekły. — Nie miała za pobudkę kradzieży! Ależ w takim razie...

Odepchnął Lafcadia, pobiegł na drugi koniec pokoju, wachlował się, bił się w czoło, wycierał nos.

— Ależ w takim razie, do kata, ja wiem, ja wiem, czemu ten bandyta go zabił! Och, nieszczęsny przyjaciel! Och, biedny Fleurissoire! Więc to, co mi mówił, było prawdą! A ja go już miałem za wariata. Ależ w takim razie to jest okropne.

Lafcadio, zdziwiony, czekał końca ataku; irytował się trochę, zdawało mu się, że Julius nie ma prawa tak się wymykać.

— Myślałem, że właśnie pan...

— Cicho siedź, nic nie wiesz. A ja, który tracę tu z tobą czas na śmiesznych hipotezach... Prędko, laskę, kapelusz...

— Dokąd pan pędzi?...