— Do kata! Uprzedzić policję!
Lafcadio stanął w progu.
— Niech mi pan najpierw wytłumaczy — rzekł nakazująco. — Daję słowo, można by myśleć, że pan oszalał.
— To przed chwilą byłem szalony. Budzę się z mojego szaleństwa... Och, biedny Fleurissoire! Och, nieszczęsny przyjaciel! Święta ofiara! W sam czas śmierć jego zatrzymuje mnie na drodze buntu, bluźnierstwa. Odkupiło mnie jego poświęcenie. I ja się śmiałem z niego!...
Znów zaczął chodzić po pokoju; po czym zatrzymując się nagle i stawiając laskę i kapelusz koło flakonu wody kolońskiej na stole, stanął wprost przed Lafcadiem.
— Chcesz wiedzieć, czemu bandyta go zabił?
— Sądziłem, że bez motywu.
Na to Julius, wściekły:
— Po pierwsze, nie ma zbrodni bez motywu. Pozbyto się go, ponieważ posiadał tajemnicę... którą mi zwierzył, tajemnicę ważną; o wiele nawet zbyt ważną jak dla niego. Bali się go, rozumiesz? Oto co!... Och, łatwo ci śmiać się, tobie, któremu obce są sprawy wiary.
Po czym, blady, wyprostowany, dodał: