— Dziękuję, nie zawadza mi.
— Ale mnie zawadza... Pozwoli pani...
Ale gdy Karola odsuwała się wyraźnie, opamiętał się.
— Niech mi pani pozwoli się zapytać, czy pani ma jakąś osobliwą przyczynę do obaw?
— Ja?
— Tak; kiedy pani powiedziała memu szwagrowi, aby się miał na baczności, pytam się, czy pani miała powody przypuszczać... Niech pani mówi szczerze: rano nigdy nie ma tu nikogo i nikt nie może nas usłyszeć. Czy pani kogo podejrzewa?
Karola spuściła głowę.
— Niech pani zrozumie, że to mnie szczególnie obchodzi — ciągnął wielomówny Julius — i niech pani stara się zrozumieć moje położenie. Wczoraj wieczór, wróciwszy z urzędu, gdzie poszedłem złożyć zeznania, znajduję w moim pokoju, na stole, na samym środku stołu, bilet kolejowy, na który ten biedny Fleurissoire podróżował. Bilet był na moje imię; te karty okrężne są ściśle imienne, źle zrobiłem, żem mu jej pożyczył, ale nie o to tutaj chodzi... W tym fakcie odniesienia mi mojego biletu, cynicznie, do mojego pokoju, pod osłoną mojej chwilowej nieobecności, muszę widzieć wyzwanie, fanfaronadę247, niemal zniewagę... która by mnie nie wzruszała, rozumie się samo przez się, gdybym nie miał słusznych przyczyn mniemać, że mnie z kolei oni mają na oku, a oto czemu: ten biedny Fleurissoire, pani przyjaciel, był w posiadaniu sekretu... straszliwego sekretu... sekretu bardzo niebezpiecznego... którego od niego nie żądałem... którego wcale nie pragnąłem poznać... a który on z bardzo dotkliwą nierozwagą powierzył mi. A teraz pytam się pani: czy pani wie, kto jest ten, który dla zdławienia sekretu nie wahał się posunąć do zbrodni?
— Niech się pan uspokoi, panie hrabio; wczoraj wieczór oskarżyłam go przed policją.
— Panno Karolo, spodziewałem się tego po pani.