Była już prawie noc. Garson z wozu restauracyjnego przechodził przez wagony, uprzedzając podróżnych pierwszej i drugiej klasy, że obiad czeka. Bez apetytu, ale przynajmniej wyrwany na godzinę ze swojej bezczynności, Lafcadio udał się za paroma innymi, ale trzymając się dość daleko za nimi. Wóz restauracyjny był na przodzie. Wagony, które mijał Lafcadio, były puste; tu i ówdzie rozmaite przedmioty na ławkach oznaczały miejsca osób jedzących obiad; szale, poduszki, książki, gazety. Teczka adwokacka zatrzymała jego spojrzenie. Pewien, że nikt nie idzie za nim, Lafcadio zatrzymał się koło przedziału, potem wszedł. Zresztą, teczka nie interesowała go zbytnio, przepatrzył ją jedynie z obowiązku sumienia.

Na wewnętrznej kieszonce teczka nosiła ten napis złotymi literami:

DEFOUQUEBLIZE

WYDZIAŁ PRAWA W BORDEAUX

Zawierała dwie broszury o prawie karnym i sześć numerów „Gazety Sądowej”.

„Jeszcze jakieś bydło na kongres! Tfu!” — pomyślał Lafcadio, który położył wszystko na swoim miejscu, po czym dołączył się do ogonka podróżnych udających się do restauracji.

Wątła dziewczynka i jej matka zamykały pochód, obie w grubej żałobie; bezpośrednio przed nimi szedł pan w tużurku250, w cylindrze, z długimi i gładkimi włosami i ze szpakowatymi bokobrodami; zapewne pan Defouqueblize, właściciel teczki. Posuwano się wolno, chwiejąc się w rytm wstrząsów pociągu. Na ostatnim zakręcie korytarza, w chwili gdy profesor miał się zapuścić w skórzaną harmonijkę, która łączy jeden wóz z drugim, silniejszy wstrząs zachwiał nim; aby odzyskać równowagę, uczynił nagły ruch, który strącił mu pince-nez251, zerwawszy sznureczek. Stało się to w wąskiej sionce, którą tworzy korytarz przed drzwiami ustępu. Podczas gdy się schylił w poszukiwaniu swego „wzroku”, pani i panienka przeszły. Przez parę chwil Lafcadio bawił się wysiłkami uczonego: ów, komicznie zakłopotany, wodził niespokojnie rękami po ziemi, pływał w abstrakcie, rzekłoby się: niedołężny taniec niedźwiadka albo też powrót do dzieciństwa i zabawa w „sadzenie kapusty”. No, Lafcadio, bądź ludzki! Ulegnij swemu sercu, które nie jest zepsute. Przyjdź na pomoc kalece. Podaj mu te nieodzowne szkiełka, nie odnajdzie ich sam. Obraca się do nich plecami. Jeszcze trochę, a rozdepce je... W tej chwili nowy wstrząs rzucił nieszczęśliwym o drzwi klozetu; cylinder złagodził uderzenie, załamując się i wbijając mu się na uszy. Pan Defouqueblize wydał jęk, wyprostował się, odkrył głowę. Tymczasem Lafcadio, uważając, że już dosyć tej zabawy, podniósł pince-nez, wrzucił je do kapelusza nieboraka, po czym uciekł, uchylając się od podziękowań.

Obiad był już zaczęty. Lafcadio usiadł obok oszklonych drzwi po prawej od przejścia, przy stole z dwoma nakryciami; miejsce naprzeciw niego pozostało próżne. Po lewej od przejścia, na tej samej wysokości, wdowa z córką zajmowała stolik na cztery nakrycia, z których dwa były wolne.

„Co za nuda panuje tutaj! — powiadał sobie Lafcadio. Obojętne jego spojrzenie ślizgało się po jedzących, nie znajdując twarzy, na której mogłoby spocząć. — Całe to bydło wywiązuje się, niby z monotonnej udręki, z tej zabawy, jaką jest życie, skoro je dobrze wziąć... Jacyż oni źle ubrani! Ale gdyby byli nago, dopiero byliby szpetni! Umrę przed deserem, jeśli sobie nie każę dać szampana”.

Wszedł profesor. Widocznie umył ręce, powalawszy sobie palce przy szukaniu binokli; oglądał paznokcie. Garson posadził go naprzeciwko Lafcadia. Kelner obchodził stoły. Nie mówiąc słowa, Lafcadio wskazał na karcie Montebello Grand-Crémant w cenie dwudziestu franków, podczas gdy pan Defouqueblize zażądał butelki wody Saint-Galmier. Obecnie, trzymając dwoma palcami swoje pince-nez, chuchał na nie lekko, po czym rogiem serwety przecierał szkła. Lafcadio przyglądał mu się, dziwił się krecim oczom mrugającym pod grubymi, zaczerwienionymi powiekami.