„Na szczęście on nie wie, że to ja mu wróciłem wzrok! Jeżeli zacznie mi dziękować, natychmiast zmykam”.

Kelner wrócił z wodą mineralną i z szampanem, który otworzył najpierw i postawił między dwoma biesiadnikami. Zaledwie ta butelka zjawiła się na stole, kiedy Defouqueblize pochwycił ją i nie rozróżniając, co to jest, nalał sobie pełną szklankę, którą wypił duszkiem... Kelner już czynił gest, Lafcadio powstrzymał go ze śmiechem.

— Och, co ja takiego piję? — wykrzyknął Defouqueblize z okropnym grymasem.

— Montebello pańskiego sąsiada — rzekł kelner z godnością. — A to jest pańska butelka Saint-Galmier. Proszę.

Podał mu drugą flaszkę.

— Jestem w rozpaczy, proszę pana... Mam tak lichy wzrok... Jestem, niech mi pan wierzy, bardzo zawstydzony...

— Ileż zrobiłby mi pan przyjemności, nie tłumacząc się — przerwał Lafcadio — a nawet przyjmując drugą szklankę, jeżeli pierwsza panu przypada do smaku.

— Niestety, muszę się panu przyznać, że mi się to wydało okropne. Nie rozumiem, doprawdy, w jaki sposób w moim roztargnieniu mogłem wypić pełną szklankę, tak mi się chciało pić... Niech mnie pan raczy objaśnić, proszę pana, czy to bardzo mocne, to wino?... Bo muszę panu powiedzieć, ja nie piję nigdy nic prócz wody... lada kropla alkoholu uderza mi natychmiast do głowy... Mój Boże, mój Boże, co się ze mną stanie?... Może bym ja zaraz wrócił do przedziału?... Dobrze by mi zrobiło wyciągnąć się.

Uczynił ruch, jakby zamierzając wstać.

— Niechże pan zostanie, drogi panie — rzekł Lafcadio, który zaczynał się bawić. — Przeciwnie, najlepiej pan zrobi, jedząc coś i nie troszcząc się o to wino. Odprowadzę pana później, jeśli pan będzie potrzebował podpory; ale niech się pan nie obawia; to, co pan wypił, nie upiłoby ani dziecka.