— Uspokaja mnie pan. Ale, doprawdy, ja nie wiem, jak mam... czy mogę panu ofiarować nieco wody Saint-Galmier.

— Bardzo panu dziękuję, ale niech mi pan pozwoli woleć mego szampana.

— A, doprawdy! To był szampan! I... pan wypije to wszystko?

— Aby pana uspokoić.

— Jest pan bardzo uprzejmy; ale na pańskim miejscu ja...

— Gdyby pan zjadł trochę! — przerwał Lafcadio, jedząc sam i już znudzony swoim sąsiadem. Teraz jego uwaga skierowała się na wdowę.

Z pewnością była to Włoszka. Zapewne wdowa po oficerze. Co za skromność w ruchach! Co za tkliwość spojrzenia! Jakże czyste czoło! Jakie inteligentne ręce! Co za elegancja w stroju, chociaż tak prostym... Lafcadio, kiedy już nie odczujesz w swoim sercu harmonii takiego akordu, oby twoje serce w ogóle przestało bić! Córka podobna jest do matki; i jakaż szlachetność, nieco poważna, a nawet smutna, łagodzi już nadmiar dziecięcego wdzięku! Z jakąż czułością matka pochyla się ku niej! Och, wobec takich istot sam czart by skapitulował; dla takich istot, Lafcadio, serce twoje poświęciłoby się z pewnością...

W tej chwili garson podszedł, aby zmienić talerze. Lafcadio pozwolił zabrać swój na wpół pełny talerz, bo to, co ujrzał teraz, przejęło go nagłym zdumieniem: wdowa, subtelna wdowa, wychyliła się ku przejściu i podnosząc zwinnie spódnicę, najnaturalniejszym ruchem odsłoniła szkarłatną pończochę i nader kształtną łydkę.

Ta gorąca nuta wybuchła tak nieoczekiwanie w tej poważnej symfonii... Czy on śnił? Tymczasem garson przyniósł nowe danie. Lafcadio miał sobie nabrać, oczy jego skierowały się na talerz i to, co ujrzał, dobiło go.

Tam, przed nim, najwyraźniej na środku talerza, jak gdyby spadła nie wiadomo skąd, wstrętna i rozpoznawalna wśród tysiąca... nie wątp o tym, Lafcadio: to spinka Karoli! Ta druga spinka, której brakowało u drugiego mankietu Amedeusza Fleurissoire. To jakiś koszmar... Ale garson nachyla się z półmiskiem. Ruchem ręki Lafcadio opróżnia talerz, strącając brzydki klejnot na obrus; stawia talerz na nim, nabiera sobie obficie, napełnia szklankę szampanem, który wypija natychmiast, napełnia znowu... Bo jeżeli człowiek trzeźwy ma wizje pijane... Nie, to nie była halucynacja: słyszy, jak spinka chrzęści pod talerzem; podnosi talerz, bierze spinkę, wsuwa ją obok zegarka do kieszonki od kamizelki, jeszcze maca, upewnia się, spinka jest tam, całkiem bezpieczna... Ale kto mu powie, w jaki sposób zjawiła się na talerzu? Kto ją tam położył?... Lafcadio spogląda na pana Defouqueblize: uczony je niewinnie ze spuszczonym nosem. Lafcadio chce myśleć o czym innym; patrzy znów na wdowę, ale w jej geście i stroju wszystko stało się znów przyzwoite, banalne; wydaje mu się teraz mniej ładna. Stara się odtworzyć sobie jej wyzywający gest, czerwoną pończochę; nie może. Stara się ujrzeć na nowo na swoim talerzu spinkę; gdyby nie czuł jej w kieszeni, z pewnością wątpiłby... Ale w istocie, po co on wziął tę spinkę... nienależącą do niego. Ten instynktowny, niedorzeczny gest... co za wyznanie, co za konfrontacja! Jak on się zdradza przed tym człowiekiem, kimkolwiek jest — może z policji — który go z pewnością obserwuje, śledzi... Wpakował się w tę grubą pułapkę jak głupiec. Czuje, że blednie. Obraca się nagle: za oszklonymi drzwiami przejścia nie ma nikogo... Ale przed chwilą ktoś widział go może! Zmusza się jeszcze do jedzenia, ale ze złości zęby jego ściskają się. Nieszczęśnik! Nie swojej zbrodni żałuje, ale tego niewczesnego gestu... Co ten profesor teraz się do niego uśmiecha?...