Defouqueblize skończył jeść. Otarł sobie usta, po czym, oparłszy się łokciami na stole i mnąc nerwowo serwetkę, zaczął patrzeć na Lafcadia. Szczególny skurcz błądził po jego wargach; w końcu, jakby nie mogąc wytrzymać:

— Czy wolno mi poprosić pana o jeszcze trochę?

I wysunął nieśmiało szklankę ku prawie próżnej butelce.

Lafcadio, wyrwany ze swego niepokoju i szczęśliwy z dywersji, nalał mu ostatnie krople.

— Trudno byłoby wycisnąć więcej... Ale czy pan chce, żebym kazał dać jeszcze?

— W takim razie sądzę, że wystarczyłoby pół butelki.

Defouqueblize, już wyraźnie zawiany, stracił poczucie konwenansów. Lafcadio, który nie lękał się butelki i którego bawiła naiwność sąsiada, kazał otworzyć drugą flaszkę Montebello.

— Nie, nie, niech mi pan nie leje za dużo! — powiedział Defouqueblize, podnosząc chwiejącą się szklankę, którą Lafcadio napełniał. — To ciekawe, że z początku wydawało mi się to takie złe. Człowiek robi sobie takie straszaki z wielu rzeczy, dopóki ich nie zna. Po prostu myślałem, że piję wodę mineralną, więc uważałem, że jak na wodę mineralną to ma osobliwy smak, rozumie pan? To tak, jakby panu nalano wody mineralnej, kiedy by pan chciał pić szampana; powiedziałby pan: jak na szampana to ma dziwny smak!...

Śmiał się z własnych słów, potem nachylił się przez stół do Lafcadia, śmiejącego się również, i rzekł półgłosem:

— Nie wiem, czego ja się tak śmieję; to z pewnością skutek pańskiego wina. Podejrzewam nawet, że ono jest mocniejsze, niż pan powiada. He! he! he! Ale pan mnie odprowadzi do wagonu; przyrzekł mi pan, nieprawdaż? Będziemy sami, a jeżeli zachowam się nieprzyzwoicie, pan będzie wiedział czemu.