— W podróży — zaryzykował Lafcadio — to jest bez znaczenia.
— Och, panie — odparł profesor — czegóż by człowiek nie zrobił w życiu, gdyby tylko mógł być pewny, że to jest bez znaczenia, jak pan powiada tak słusznie! Gdyby tylko być pewnym, że to do niczego nie zobowiązuje!... Ot, wie pan, choćby to, co panu mówię w tej chwili — a to jest przecie myśl bardzo naturalna — czy myśli pan, że ośmieliłbym się wyrazić ją tak bez ogródek, gdybyśmy byli na przykład w Bordeaux. Powiadam w Bordeaux, bo ja w Bordeaux mieszkam. Znają mnie tam, szanują... Mimo że nieżonaty, wiodę tam spokojne życie, uprawiam szanowny zawód: profesor na fakultecie prawa, tak, kryminologia porównawcza, nowa katedra... Rozumie pan, że tam nie mam swobody, na przykład swobody upicia się, ot tak, choćby przypadkiem. Życie moje musi być bez skazy. Pomyśl pan, gdyby który z moich uczniów spotkał mnie pijanego na ulicy!... Trzeba być czcigodnym, i tak aby to nie robiło wrażenia przymusu; w tym sęk! Nie trzeba, aby ktoś mógł pomyśleć: „Pan Defouqueblize (to moje nazwisko) ostro się trzyma!...” Trzeba nie tylko nie robić nic nieprzystojnego, ale jeszcze wpoić w ludzi przekonanie, że nie zrobiłoby się nic nieprzystojnego, nawet mając pełną swobodę; że nie kryje się w sobie czegoś nieprzystojnego, co by się domagało upustu. Czy jeszcze zostało trochę wina? Tylko parę kropel, mój drogi kompanie, parę kropel... Podobnej sposobności nie znajdzie się drugi raz w życiu. Jutro w Rzymie na tym kongresie, który nas zgromadził, zastanę wielu kolegów, poważnych, wytresowanych, powściągliwych, równie statecznych, jak będę i ja sam, z chwilą gdy z powrotem wdzieję swoją liberię. Ludzie należący do tak zwanego społeczeństwa, jak ja albo pan, zobowiązani są wobec samych siebie do grania komedii.
Tymczasem obiad kończył się. Garson obchodził salę, zbierając wraz z rachunkami napiwki.
W miarę jak się sala opróżniała, głos pana Defouqueblize stawał się dźwięczniejszy; chwilami akcenty jego niepokoiły trochę Lafcadia. Profesor ciągnął:
— A choćby nie społeczeństwo, wystarczyłaby ta grupa krewnych i przyjaciół, których nie chcemy razić naszą osobą. Naszej nieobyczajnej szczerości przeciwstawiają własny nasz obraz, za który jesteśmy tylko w połowie odpowiedzialni, który nam się wydaje czymś błahym, ale który, powtarzam panu, nieprzyzwoicie jest niweczyć. W tej chwili to jest fakt: wymykam się swojej fizjonomii, wychodzę z samego siebie... O, cóż za zawrotna przygoda! Cóż za niebezpieczna rozkosz!... Ale ja pana męczę?
— Bardzo mnie pan interesuje.
— Gadam! Gadam... Cóż pan chce! Nawet po pijanemu człowiek zostaje profesorem: temat pochłania mnie... Ale jeżeli pan skończył jeść, może mi pan poda ramię i pomoże wrócić do wagonu, póki się trzymam jeszcze. Boję się, że jeżeli jeszcze trochę tu zostanę, wkrótce nie będę mógł wstać.
To mówiąc, Defouqueblize wziął rozmach, jak gdyby chcąc wstać z krzesła, ale natychmiast opadł z powrotem i osuwając się na sprzątnięty już stół, pochylony do Lafcadia, mówił dalej ściszonym i jakby poufnym głosem:
— Oto moja teza: czy pan wie, czego trzeba, aby z porządnego człowieka zrobić łajdaka? Wystarczy zmiana miejsca, zapomnienie! Tak, panie, luka w pamięci, a szczerość wydostanie się na wierzch!... Przerwa w ciągłości, proste przerwanie prądu. Oczywiście, nie mówię tego na swoich wykładach... Ale, mówiąc między nami, co za szansa być bękartem! Pomyśl pan tylko: ten, którego sama istota jest wybrykiem, zboczeniem z linii prostej...
Profesor znów podniósł głos; wlepiał w Lafcadia dziwne oczy, których spojrzenie to mętne, to przenikliwe zaczynało być niepokojące. Lafcadio pytał teraz sam siebie, czy krótkowidztwo tego człowieka nie było udane; niemal poznawał ten wzrok. W końcu, bardziej nieswój, niżby chciał przyznać, wstał i rzekł nagle: