— No, niech pan mi poda ramię, panie Defouqueblize. Wstawaj pan. Dosyć tej gadaniny.

Defouqueblize podniósł się z wysiłkiem, chwiejąc się, szli korytarzem aż do przedziału, gdzie została teczka profesora. Defouqueblize wszedł pierwszy; Lafcadio usadowił go, pożegnał się. Ale ledwie się odwrócił, kiedy na jego ramię zwaliła się potężna dłoń. Obrócił się natychmiast. Defouqueblize zerwał się jednym susem... ale czy to był jeszcze Defouqueblize, ten, który drwiącym, wraz rozkazującym i tryumfalnym głosem wykrzyknął:

— Nie godzi się tak szybko opuszczać przyjaciela, panie Lafcadio Lichowiektoski!... Więc tak! Więc to prawda! Chcieliśmy dać nogę?

Z komicznego i zawianego profesora nie zostało już nic w krzepkim i tęgim chwacie, w którym Lafcadio nie wahał się już poznać Protosa. Protos, rozrosły, szerszy, wspanialszy i — jak się zdawało — groźny.

— A, to ty, Protosie — rzekł tylko. — Wolę to. Męczyłem się z rozpoznaniem cię.

Bo mimo jej grozy Lafcadio wolał realność od dzikiego koszmaru, w którym szamotał się od godziny.

— Nieźlem się ucharakteryzował, co?... Dla ciebie zadałem sobie tyle trudu... Ale po prawdzie, to ty powinien byś nosić okulary; napytasz sobie w życiu wiele kłopotów, jeżeli nie będziesz lepiej rozpoznawał figlarzy.

Ileż drzemiących wspomnień obudziło w myśli Cadia to słowo „figlarz”! Figlarz, w gwarze, jaką Protos i on posługiwali się wówczas, gdy byli razem na pensji, figlarz to był człowiek, który nie dla wszystkich i nie zawsze ma jednaką twarz. Były wedle ich klasyfikacji różne kategorie figlarzy: mniej lub więcej wykwintne i godziwe, czemu przeciwstawiała się jedna wielka rodzina „skorupiaków”, których przedstawiciele piętrzyli się od góry do dołu drabiny społecznej.

Nasi dwaj kompani przyjmowali te pewniki: 1) Figlarze poznają się między sobą. 2) Skorupiaki nie poznają figlarzy. — Lafcadio przypominał sobie teraz to wszystko; ponieważ był z natury chętny dla wszelkiej zabawy, uśmiechnął się. Protos ciągnął:

— Bądź co bądź, owego dnia szczęśliwie się trafiło, żem się tam znalazł, hę?... To nie był może zupełny przypadek. Lubię mieć oko na nowicjuszów: jakie to bywa pomysłowe, przedsiębiorcze, zalotne!... Ale taki mikrus za łatwo wyobraża sobie, że może się obejść bez rad. Twoja robota diabelnie wymagała retuszów, mój chłopcze!... Cóż za pomysł, żeby się ustroić w taki kapciuch, kiedy się idzie na robotę? Mając adres magazynu na tym „dowodzie rzeczowym”, przymknięto by cię przed upływem tygodnia. Ale ja mam serce dla starych przyjaciół i umiem tego dowieść. Czy wiesz, Cadio, że ja cię bardzo kochałem? Zawsze myślałem, że z ciebie się coś zrobi. Przy twojej urodzie można by dla ciebie puścić w ruch wszystkie kobiety i pociągnąć w dodatku, pal sześć, niejednego mężczyznę. Jakże się ucieszyłem, kiedym wreszcie dowiedział się czegoś o tobie i usłyszał, że ty przyjeżdżasz do Włoch! Daję słowo, pilno mi było dowiedzieć się, co się z tobą stało od czasu, kiedy to się chodziło do naszej starej. Nieźle jeszcze się przedstawiasz, wiesz! Ha, ha! Nie krzywdowała sobie nasza Karola!