Irytacja Lafcadia stawała się coraz wyraźniejsza wraz z jego wysiłkiem, aby ją ukryć; wszystko to wielce bawiło Protosa, który udawał, że nic nie widzi. Wyjął z kieszeni kamizelki skórzany krążek i przyglądał mu się.
— Elegancko wyciąłem, ha?!
Lafcadio byłby go udusił; ściskał pięści, paznokcie wpijały mu się w ciało. Tamten ciągnął dalej jowialnie:
— To mi usługa! To chyba warte sześciu tysiącfrankówek... których, raczysz mi może powiedzieć czemu, nie zgarnąłeś?
Lafcadio skoczył.
— Czy ty mnie bierzesz za złodzieja?
— Słuchaj, malcze — odparł spokojnie Protos — wolę ci od razu szczerze powiedzieć, że ja nie bardzo lubię dyletantów. A potem, ze mną, wiesz, nie warto robić fanfarona ani idioty. Zdradzasz zdolności, nie przeczę, wspaniałe zdolności, ale...
— Przestań drwić — przerwał Lafcadio, nie wstrzymując już gniewu. — Do czego ty zmierzasz? Sfuszerowałem tę rzecz, czy myślisz, że potrzeba mi to tłumaczyć? Tak, masz broń przeciwko mnie; nie będę nawet rozważał, czy byłoby dla ciebie ostrożnie użyć jej. Chcesz, abym odkupił ten kawałek skóry. Dobrze więc, gadaj! Przestań się śmiać i gapić się tak na mnie. Chcesz pieniędzy. Ile?
Ton Lafcadia był tak zdecydowany, że Protos cofnął się nieco wstecz; ale opanował się natychmiast.
— Z wolna! Z wolna! — rzekł. — W czymże ja ci ubliżyłem? Rozmawia się, ot, między przyjaciółmi. Nie ma się czego indyczyć. Daję słowo, tyś odmłodniał, Cadio.