Ale kiedy Protos próbował go pogłaskać po ramieniu, Lafcadio oswobodził się gwałtownie.

— Siadajmy — rzekł Protos — lepiej nam będzie rozmawiać.

Wsunął się w kąt obok drzwi wychodzących na korytarz i położył nogi na przeciwległej ławce.

Lafcadio pomyślał, że on chce mu zabarykadować wyjście. Z pewnością Protos był uzbrojony. Sam Lafcadio w tej chwili nie miał żadnej broni. Pomyślał, że w ręcznej walce uległby z pewnością. Następnie, o ile przez chwilę miał ochotę uciekać, już go ponosiła ciekawość, owa namiętna ciekawość, wobec której nie ważyło dla niego nigdy nic, nawet jego osobiste niebezpieczeństwo. Usiadł.

— Pieniędzy? Ale fe! — rzekł Protos. Wyjął z etui cygaro i podał również Lafcadiowi, który odmówił. — Dym ci może przeszkadza?... No więc, posłuchaj mnie. — Zaciągnął się kilka razy, po czym dodał bardzo spokojny: — Nie, nie, Lafcadio, mój chłopcze, nie pieniędzy oczekuję od ciebie, ale posłuszeństwa. Widzę, mój mały (daruj mi moją szczerość), że ty nie zdajesz sobie dobrze sprawy ze swego położenia. Trzeba je sobie jasno uprzytomnić; pozwól, że ci w tym dopomogę.

Zatem, z tych ram społecznych, które nas ściskają, pewien młodzieniec chciał się wyrwać; młodzieniec sympatyczny, nawet ściśle taki, jakich ja lubię: naiwny i uroczo bezpośredni; bo nie włożył w to, tak mi się coś widzi, wiele kalkulacji... Przypominam sobie, Cadio, że w swoim czasie bardzo byłeś kuty w cyfrach, ale we własnych wydatkach nigdy nie chciałeś liczyć... Krótko mówiąc, życie skorupiaków mierzi cię; niech się temu dziwi kto inny niż ja... Co mnie dziwi natomiast, to, że ty przy swojej inteligencji mogłeś myśleć, Cadio, iż można sobie tak po prostu wyjść z jednego społeczeństwa, a równocześnie nie wpaść w drugie; lub że jakieś społeczeństwo może się obyć bez praw. Lawless252, pamiętasz; czytaliśmy to gdzieś: Two hawks in the air, two fishes swimming in the sea not more lawless than we...253 Jaka to piękna rzecz, literatura! Lafcadio, mój przyjacielu, naucz się prawa figlarzy.

— Mógłbyś być może treściwszy.

— Po co się spieszyć? Mamy czas. Ja wysiadam dopiero w Rzymie. Lafcadio, mój przyjacielu, zdarza się, że zbrodnia umknie się żandarmom; otóż, wytłumaczę ci, czemu my jesteśmy sprytniejsi od nich: bo my gramy o nasze życie. Tam gdzie policja chybia, nam udaje się czasami. Do kroćset! Sam chciałeś, Lafcadio; rzecz się stała, i już nie możesz się wymknąć. Wolałbym, abyś mi był posłuszny, bo — widzisz — byłoby mi naprawdę przykro wydać starego druha policji; ale co począć? Odtąd zależysz od niej albo od nas.

— Wydać mnie to znaczy wydać samego siebie...

— Myślałem, że będziemy rozmawiali poważnie... Zrozum więc, Lafcadio: policja przymyka buntowników, ale — we Włoszech zwłaszcza — chętnie układa się z figlarzami. „Układa się”, sądzę, że to jest właściwe słowo. Ja jestem po trosze z policji, mój chłopcze. Mam oko. Pomagam w utrzymaniu porządku. Nie działam: każę działać.