No, dosyć! Przestań wierzgać, Cadio. Moje prawo nie ma w sobie nic okropnego. Przesadnie wyobrażasz sobie rzeczy: taki naiwny i taki impulsywny! Czy myślisz, że to już nie przez posłuszeństwo i nie dlatego, że ja tak chciałem, wziąłeś przy obiedzie z talerza spinkę panny Venitequa? Och, ten niebaczny gest, jakiż był idylliczny254? Biedny Cadio! Dosyć sobie nawymyślałeś za ten mały gest, nieprawdaż? Najpaskudniejsze to, że nie ja jeden go widziałem. Ba! Nie łam sobie głowy; garson, wdowa i dziecko należą do sitwy. Przemili ludzie. Od ciebie tylko zależy znaleźć w nich przyjaciół. Lafcadio, mój przyjacielu, bądź rozsądny; poddajesz się?
Może przez nadmierne zakłopotanie Lafcadio postanowił sobie nie mówić. Siedział sztywno z zaciśniętymi ustami, z oczami utkwionymi prosto przed siebie. Protos ciągnął, wzruszając ramionami:
— Zabawny facet! A w rzeczywistości taki giętki!... Ale już byłbyś się może zgodził, gdybym ci od razu powiedział, czego się po tobie spodziewamy. Lafcadio, mój przyjacielu, rozprosz moją wątpliwość: czy to ci się wydaje naturalne, abyś ty, którego opuściłem tak biednym, nie zgarnął sześciu tysięcy franków, które los ci rzucił do stóp?... Starszy pan de Baraglioul umarł, jak mi mówiła panna Venitequa, nazajutrz po dniu, w którym hrabia Julius, jego godny synalo, złożył ci wizytę; i wieczorem tego dnia puściłeś kantem pannę Venitequa. Od tego czasu twoje stosunki z hrabią Juliusem stały się, na honor, bardzo serdeczne; czy zechcesz mi wytłumaczyć czemu?... Lafcadio, mój przyjacielu, swojego czasu wiedziałem o twoich licznych wujaszkach; od tego czasu twój rodowód mocno się zabaraglioulił!... Nie, nie gniewaj się, żartuję. Ale cóż chcesz, co mamy przypuszczać?... Chyba że wprost zawdzięczasz panu Juliusowi swoją obecną zamożność, co — pozwól sobie powiedzieć — przy twojej urodzie, Lafcadio, wydałoby mi się o wiele skandaliczniejsze. Tak czy owak i co bądź byś nam pozwolił przypuszczać, Lafcadio, mój przyjacielu, sprawa jest jasna i twój obowiązek rysuje się wyraźnie: wykonasz mały szantażyk na panu de Baraglioul. Nie ciskaj się, proszę. Szantaż to jest zdrowa instytucja, konieczna do podtrzymania obyczajów. O, cóż! opuszczasz mnie?...
Lafcadio wstał.
— Ech, pozwól mi wreszcie przejść! — wykrzyknął, okraczając Protosa; ten, wyciągnięty na dwóch ławeczkach w poprzek przedziału, nie uczynił żadnego gestu, aby go zatrzymać. Lafcadio, zdziwiony, że go nie zatrzymują, otworzył drzwi ma korytarz i odchodząc, rzekł:
— Nie uciekam, nie bój się. Możesz mieć na mnie oko; ale wszystko inne raczej niż słuchać cię dłużej... Daruj mi, że wolę od ciebie policję. Idź, uprzedź ją; czekam.
VI
Tego samego dnia wieczorny pociąg przywiózł z Mediolanu państwa Antymów. Ponieważ jechali trzecią klasą, dopiero po przybyciu ujrzeli hrabinę de Baraglioul i jej starszą córkę, których przywiózł z Paryża sleeping car255 tego samego pociągu.
Na kilka godzin przed żałobną depeszą hrabina otrzymała list od męża. Hrabia opowiadał wymownie o wielkiej przyjemności, jaką mu sprawiło niespodziane spotkanie się z Lafcadiem; oczywiście, nie było tam najmniejszej aluzji do owego półbraterstwa, które w oczach Juliusa stroiło w tak perwersyjny urok młodego człowieka. Julius, wierny rozkazowi ojca, nie wyjaśnił sytuacji żonie, tak samo jak nie wyjaśnił jej z Lafcadiem. Ale pewne aluzje, pewne niedomówienia dostatecznie objaśniły hrabinę; a nawet nie jestem bardzo pewny, czy Julius, któremu brakło rozrywek w mieszczańskim trybie jego życia, nie zrobił sobie zabawy z tego, aby krążyć dokoła skandalu i opalać sobie o niego palce. Tak samo nie jestem pewny, czy obecność Lafcadia w Rzymie, nadzieja ujrzenia go, nie odegrała pewnej, może znacznej roli w postanowieniu Genowefy, która zdecydowała się towarzyszyć matce.
Julius wyszedł po panie na kolej. Zabrał je szybko do Grand Hotelu, pożegnawszy się prawie natychmiast z Antymami, których miał spotkać nazajutrz w orszaku żałobnym. Ci udali się na via di Bocca di Leone, do hotelu, gdzie zajechali podczas pierwszego swojego pobytu.