— To prawda; oburzony nędzą, w jakiej cię zostawił Kościół, słuchałem jedynie głosu własnego serca.

— Bóg mi świadkiem, żem się nie skarżył.

— Wiem!... Wiem!... Dosyć mnie nairytowałeś swoją rezygnacją! A nawet, skoro do tego wracamy, powiem ci, drogi Antymie, że mniej w tym widzę świętości niż dumy i że, kiedym cię widział ostatni raz w Mediolanie, nadmiar tej rezygnacji wydał mi się o wiele bliższy buntu niż prawdziwej pobożności. Po prostu uczułem się zaniepokojony w mojej wierze. Bóg nie żądał od ciebie aż tyle, u diabła! Mówmy szczerze: twoje zachowanie się raziło mnie.

— Twoje, mogę ci również wyznać, zasmuciło mnie, mój bracie. Czyż nie ty właśnie zagrzewałeś mnie do buntu!...

Julius podniecony odparł:

— Dostatecznie stwierdziłem to sam i pokazałem to drugim w całym ciągu swojej kariery, że można być doskonałym chrześcijaninem, nie lekceważąc zarazem godziwych korzyści związanych z pozycją, w jakiej Bogu spodobało się nas pomieścić. Twojemu zachowaniu się zarzucałem właśnie to, że przez swoją afektację siliło się jak gdyby zawstydzić mnie.

— Bóg mi świadkiem, że...

— Ech! Nie zaklinaj się ciągle! — przerwał znów Julius. — Bóg nie ma tu nic do roboty. Kiedy ci mówię, że twoja postawa była bliska buntu... rozumiem przez to: mojego buntu; i to właśnie ci zarzucam: to znaczy, że znosząc pokornie niesprawiedliwość, pozwalasz innym buntować się za ciebie. Bo ja nie dopuszczałem, aby Kościół mógł nie być w porządku, a twoje zachowanie się mimo przeciwnych pozorów zawierało właśnie krytykę Kościoła. Postanowiłem tedy poskarżyć się za ciebie. Ujrzysz niebawem, jak bardzo miałem rację się oburzać.

Julius, którego czoło okryło się potem, ułożył cylinder na kolanach.

— Może okno otworzyć?