I Antym spuścił uprzejmie szybę po swej stronie.
— Znalazłszy się tedy w Rzymie — podjął Julius — postarałem się o audiencję. Użyczono mi jej. Osobliwy sukces miał uwieńczyć moje kroki.
— A! — rzekł obojętnie Antym.
— Tak, drogi bracie. Bo o ile nie uzyskałem faktycznie nic z tego, o co miałem prosić, wyniosłem przynajmniej z mojej audiencji pewność... stawiającą naszego Ojca Świętego poza wszelkimi zelżywymi przypuszczeniami, jakie tworzyliśmy pod jego adresem.
— Bóg mi świadkiem, że nigdy nie postało mi w głowie nic zelżywego dla Ojca Świętego.
— Ale mnie postało za ciebie. Widziałem twoją krzywdę, oburzałem się.
— Do rzeczy, szwagrze. Czy widziałeś papieża?
— Otóż nie! Nie widziałem papieża — wybuchnął wreszcie Julius — natomiast posiadłem tajemnicę, tajemnicę wątpliwą zrazu, ale która niebawem, przez śmierć naszego drogiego Amedeusza, miała znaleźć nagłe potwierdzenie; sekret straszliwy, zdumiewający, ale w którym twoja wiara, drogi Antymie, będzie mogła zaczerpnąć otuchę. Wiedz tedy, że papież nie jest winien niesprawiedliwości, której padłeś ofiarą.
— Nigdy o tym nie wątpiłem.
— Antymie, słuchaj mnie dobrze. Nie widziałem papieża, bo nikt nie może go widzieć. Ten, który obecnie siedzi na tronie apostolskim, którego Kościół słucha i który ogłasza wyroki; ten, z którym mówiłem, słowem, papież, którego się ogląda w Watykanie, papież, którego widziałem, nie jest prawdziwy.