Na te słowa Antym zaczął się trząść od potężnego śmiechu.

— Śmiej się, śmiej — odparł Julius urażony. — Ja też śmiałem się zrazu. Gdybym się był mniej śmiał, nie zamordowano by Amedeusza. Och, święty nasz przyjaciel! Serdeczna ofiara!...

Głos Juliusa zamarł w łkaniu.

— Powiedz no? Czy to jest serio to, co mi tu bajesz?... Och!... och!... och!... — wołał Armand-Dubois, którego patos Juliusa niepokoił. — Bo, koniec końców, trzeba by wiedzieć...

— Dlatego że chciał wiedzieć, Amedeusz zginął.

— Bo, ostatecznie, jeżeli ja plunąłem na swój majątek, na swoje stanowisko, na swoją wiedzę, jeżelim się zgodził, aby ze mnie zadrwiono... — ciągnął Antym, coraz bardziej podniecony.

— Powiedziałem ci: za wszystko to prawdziwy w niczym nie odpowiada; ten, który z ciebie zadrwił, to kukła Kwirynału.

— Mam wierzyć w to, co mi powiadasz?

— Jeżeli mnie nie wierzysz, uwierz temu biednemu męczennikowi.

Obaj jechali jakiś czas w milczeniu. Przestało padać; promień przedarł się przez chmurę. Wśród lekkich wstrząśnień powóz wjeżdżał do Rzymu.