— Morderca mojego szwagra, u licha!
— Morderca pańskiego szwagra to ja.
Powiedział to bez drżenia, nie zmieniając tonu, nie zniżając głosu, bez gestu, w sposób tak naturalny, że Julius nie od razu zrozumiał. Lafcadio musiał powtórzyć.
— Nie zaaresztowano, powiadam panu, mordercy pańskiego szwagra, z tej prostej przyczyny, że morderca pańskiego szwagra to ja.
Gdyby Lafcadio miał wygląd srogi, może Julius byłby się zląkł; ale wyraz jego twarzy był dziecinny. Wydawał się nawet jeszcze młodszy niż za pierwszym razem, kiedy go spotkał Julius; spojrzenie jego było równie jasne, głos równie czysty. Zamknął drzwi, ale stał oparty o nie. Julius osunął się na fotel koło stołu.
— Moje biedne dziecko! — rzekł zrazu. — Mów ciszej!... Co tobie się dzieje? Jakim cudem mógłbyś to zrobić?
Lafcadio spuścił głowę, już żałując tego, co powiedział.
— Czyż można wiedzieć? Zrobiłem to bardzo szybko, podczas gdy mi przyszła ochota to zrobić.
— Coś ty miał przeciw Amedeuszowi, temu zacnemu człowiekowi, tak pełnemu cnót?
— Nie wiem... Nie wyglądał szczęśliwie... Jak pan chce, abym panu wytłumaczył to, czego nie umiem wytłumaczyć samemu sobie?