Ale Juliusowi zbyt ciężko było na sercu.
— Powiada, że nie ma słów na określenie takich bredni.
Zapanowało dość długie milczenie, w które Małgorzata dała nurka, tracąc z oczu wszelką literaturę. Już Julius godził się z tym, że jest sam, kiedy ona uczyniła przez miłość dla niego olbrzymi wysiłek i wypływając na powierzchnię, rzekła:
— Mam nadzieję, że nie będziesz się tym przejmował.
— Biorę to bardzo spokojnie, widzisz przecie — odparł Julius. — Ale uważam, że bądź co bądź nie ojcu przystało wyrażać się w ten sposób, ojcu mniej niż komukolwiek; właśnie z powodu tej książki, która jest, ściśle mówiąc, pomnikiem na jego cześć.
W istocie, czyż nie piękną karierę starego dyplomaty odtworzył Julius w tej książce? W obliczu romantycznego zamętu czyż nie sławił tam godnej, spokojnej, klasycznej, politycznej wraz i rodzinnej egzystencji Justusa Agenora?
— Na szczęście, nie pisałeś tej książki po to, aby ci był za nią wdzięczny.
— Dał mi do zrozumienia, że napisałem Dech wyżyn po to, aby wejść do Akademii.
— A gdyby nawet! Gdybyś wszedł do Akademii za napisanie pięknej książki!
Po czym miłosiernym tonem dodała: