— Mój drogi...
— Widzieliśmy przy Antymie, co jest warta wysoka protekcja kleru.
— Juliusie, stajesz się gorzki. Mówiłeś mi często, że nie pracujesz dla uznania innych i że twoje własne ci wystarcza; napisałeś nawet w tym duchu bardzo piękne stronice.
— Wiem, wiem — rzekł Julius zniecierpliwiony.
Jego głębokiej udręce na nic się nie zdały te ulepki. Przeszedł do gotowalni68.
Czemu pozwalał sobie przy żonie na te żałosne wylewy69! Troska jego nie jest z tych, które żony umieją ukołysać i ukoić; przez dumę, przez wstyd, powinien by ją ukryć w sercu. „Brednie”! To słowo, podczas gdy sobie mył zęby, tętniło mu w skroniach, urażało jego najszlachetniejsze myśli. I cóż znaczyła jego ostatnia książka! Zapominał zdania ojca: przynajmniej zapominał, że to zdanie pochodzi od ojca... Okropny znak zapytania po raz pierwszy w życiu podnosił się w nim, w nim, który dotąd spotykał się jedynie z uznaniem i z uśmiechami; wątpliwość co do szczerości tych uśmiechów, co do wartości tego uznania, co do wartości swoich dzieł, rzetelności swojej myśli, autentyczności swego życia.
Wrócił do sypialni, trzymając z roztargnieniem w jednej ręce płukankę, w drugiej szczoteczkę do zębów; płukankę na wpół napełnioną wodą postawił na komodzie, szczoteczkę włożył do szklanki i usiadł przy małym klonowym kantorku70, na którym Małgorzata zwykła była pisać listy. Wziął obsadkę żony i na lekko uperfumowanym papierze lila zaczął:
Drogi ojcze!
Zastałem po powrocie twój list. Zaraz jutro wywiążę się z misji, którą mi powierzasz i której mam nadzieję dopełnić ku twemu zadowoleniu, pragnąc ci dowieść w ten sposób mego oddania.
Bo Julius jest jedną z owych szlachetnych natur, które w przeciwności okazują prawdziwą wielkość. Następnie, przechylając się w tył, wahał się chwilę, obracając w myśli zdanie, z podniesionym piórem: