— Jestem hrabia Julius de Baraglioul — rzekł głosem nieco uroczystym, lekko uchylając kapelusza.

— Och, panie hrabio... Proszę mi darować, że nie umiałam... W tym korytarzu jest tak ciemno... Niech pan raczy wejść. (Pchnęła drzwi w głębi). Lafcadio z pewnością lada chwila... Poszedł tylko do... Och, niech pan pozwoli!...

I kiedy Julius miał wejść, rzuciła się pierwsza do pokoju ku majtkom damskim, niedyskretnie rozłożonym na krześle. Nie mogąc ich ukryć, starała się bodaj zmniejszyć ich powierzchnię.

— Taki tutaj nieporządek...

— Nic nie szkodzi! Jestem przyzwyczajony — odparł uprzejmie Julius.

Karola Venitequa była to młoda kobieta, dość tęga, lub, lepiej rzekłszy, trochę tłusta, ale dobrze zbudowana i zdrowa na oko; rysy zwyczajne, ale nie pospolite i dość sympatyczne, spojrzenie zwierzęce i łagodne, głos nieco rozwlekły. Gotowa do wyjścia, miała na głowie mały filcowy kapelusik; stanik był puszczony wolno i przepasany paskiem; miała męski kołnierzyk i mankiety.

— Od dawna pani zna pana Wluiki?

— Mogłabym może załatwić pańskie zlecenie? — odparła, nie odpowiadając.

— Tak... Rad bym wiedzieć, czy jest bardzo zajęty w tej chwili...

— To zależy od dnia.