— Zostań! — krzyknął Justus Agenor z gwałtownością, która ujęła młodego człowieka; po czym zwracając się do Hektora, rzekł: — Ech, mniejsza! powiedziałem mu przecie, żeby się nie starał ze mną widzieć. Powiedz mu, że jestem zajęty, że... napiszę do niego.

Hektor skłonił się i wyszedł.

Stary hrabia siedział chwilę z zamkniętymi oczami, zdawało się, że śpi, ale przez zarost widać było, że jego wargi ruszają się. W końcu podniósł powieki, wyciągnął rękę do Lafcadia i głosem zupełnie zmienionym, łagodnym i jakby złamanym rzekł:

— Podaj mi rękę, dziecko, A teraz zostaw mnie.

— Muszę panu do czegoś się przyznać — rzekł Lafcadio z wahaniem. — Aby się panu przyzwoicie przedstawić, wyczerpałem ostatnie zasoby. Jeżeli mnie pan nie wspomoże, nie bardzo wiem, za co będę jadł obiad dzisiaj, a już jutro zupełnie nie... chyba że pański syn...

— Weź tymczasem to — rzekł hrabia, wyjmując z szuflady pięćset franków. — I co? Na co czekasz?

— Chciałem jeszcze zapytać... czy nie mogę mieć nadziei ujrzenia pana jeszcze?

— Na honor! Przyznaję, że miałbym na to ochotę. Ale wielebne osoby, które zajmują się moim zbawieniem, podtrzymują mnie w nastroju, w którym przyjemność moja musi schodzić na drugi plan. Co się tyczy mego błogosławieństwa, dam ci je zaraz — i stary otworzył ramiona, aby go uścisnąć. Zamiast się rzucić w ramiona hrabiego, Lafcadio ukląkł nabożnie przed nim. Z głową w jego kolanach, szlochając, rozpływając się z czułości, czuł, że jego gwałtowne serce topnieje.

— Moje dziecko, moje dziecko — szeptał starzec — zapóźniłem się wobec ciebie.

Kiedy Lafcadio wstał, twarz jego była pełna łez.