Skoro miał odejść i kładł do kieszeni banknot, którego nie wziął od razu, wyjął bilety wizytowe i podał je hrabiemu:
— O proszę, cała paczka.
— Ufam ci, podrzesz je sam. Żegnaj!
„To byłby najlepszy z wujaszków — myślał Lafcadio, wracając do Dzielnicy Łacińskiej98 — i nawet coś więcej — dodał z odrobiną melancholii. — Ba!”
Wyjął paczkę biletów, rozwinął je na kształt wachlarza i rozdarł jednym ruchem bez wysiłku.
— Nigdy nie miałem zaufania do ścieków — rzekł, rzucając „Lafcadia” do kanału; dopiero o dwa otwory dalej rzucił „de Baraglioul”.
— Baraglioul czy Wluiki, mniejsza, zajmijmy się teraz likwidacją przeszłości.
Znał przy bulwarze Saint-Michel jubilera, przed którym Karola kazała mu co dzień przystawać. Na krzykliwej wystawie upodobała sobie przedwczoraj parę osobliwych spinek do mankietów. Były to cztery kocie główki, złączone parami złotą agrafką i wycięte w osobliwym krysztale, czymś w rodzaju agatu, przez który nic nie było widać, mimo że zdawał się przezroczysty. Ponieważ Venitequa przy męskim kroju żakietu, tzw. tailleur, nosiła, jak już wspomniałem, mankiety i ponieważ miała dziki gust, zapragnęła tych spinek.
Były nie tyle zabawne, ile dziwaczne; Lafcadiowi wydawały się okropne; drażniłoby go widzieć je u swojej kochanki; ale z chwilą, kiedy ją puszczał kantem... Wszedł do magazynu i zapłacił sto dwadzieścia franków za te spinki.
— Kawałek papieru, jeśli łaska. — I na arkusiku, który mu kupiec podał, pochylony nad ladą pisał: