Pani Karola Venitequa
Z podziękowaniem, że wprowadziła obcego pana do mego pokoju, i z prośbą, aby już nie przestępowała mego progu.
Złożywszy papier, włożył go do puzderka, w które kupiec zapakował klejnot.
„Nie śpieszmy się — powiedział sobie, w chwili gdy miał oddać puzderko odźwiernemu. — Spędźmy jeszcze noc pod tym dachem i poprzestańmy na tym, aby szczelnie zamknąć drzwi przed panną Karolą”.
VI
Julius de Baraglioul żył w przedłużonym trybie „moralności prowizorycznej”, tej samej, której poddał się Descartes99 w oczekiwaniu, aż sumienie ustali prawidła regulujące jego życie i myśli na przyszłość. Ale ani temperament Juliusa nie przemawiał z taką stanowczością, ani myśl jego nie miała takiej powagi, aby go dotychczas zbytnio krępowało owo poddanie się konwenansom. Razem wziąwszy, wymagał jedynie komfortu, którego cząstkę stanowiły jego sukcesy literackie. Pod wpływem krytyk swojej ostatniej książki pierwszy raz odczuwał żądło bólu.
Dosyć go już ubodło to, że mu nie dozwolono wstępu do ojca; czułby się jeszcze bardziej upokorzony, gdyby mógł wiedzieć, kto go uprzedził u starca. Wracając na ulicę de Verneuil, coraz słabiej odpychał niedorzeczne przypuszczenie, które go już niepokoiło, podczas gdy się udawał do Lafcadia. I on także zestawiał fakty i daty; i on także wzdragał się widzieć jedynie prosty zbieg okoliczności w tym dziwnym spotkaniu. Zresztą, wdzięk młodego Lafcadia urzekł go i mimo iż nie wątpił, że go ojciec wyzuje z cząstki ojcowizny na rzecz tego nieślubnego brata, nie czuł doń żadnej niechęci, a nawet oczekiwał go rano z dość czułą i życzliwą ciekawością.
Co się tyczy Lafcadia, mimo że był tak drażliwy i powściągliwy, ta rzadka sposobność rozmowy kusiła go; a także przyjemność wprawienia Juliusa w zakłopotanie. Bo nawet z Protosem nigdy nie był zbyt rozlewny. Ile drogi zrobił od tego czasu! Ostatecznie Julius nie był mu antypatyczny, mimo że wydał mu się pajacem; bawiło go, że to jest jego brat.
Kiedy Lafcadio zbliżał się rankiem do mieszkania Juliusa, nazajutrz po odwiedzinach wicehrabiego, zdarzyła mu się dość dziwna przygoda. Przez zamiłowanie do okrężnych dróg, wiedziony może jakimś instynktem, a może pragnąc uspokoić zamęt własnej duszy i ciała i zjawić się u brata w dobrej formie, Lafcadio nadłożył drogi; poszedł bulwarem Inwalidów, minął miejsce wczorajszego pożaru, po czym skręcił w ulicę Bellechasse.
— Ulica de Verneuil 34 — powtarzał sobie w drodze — cztery i trzy, siedem; dobra cyfra.