Wychodził z ulicy Saint-Dominique, w miejscu, gdzie ta ulica przecina bulwar Saint-Germain, kiedy po drugiej stronie bulwaru ujrzał i od razu poznał ową młodą dziewczynę, która od wczoraj wciąż nawiedzała po trosze jego myśli. Przyśpieszył kroku... To była ona! Dogonił ją przy końcu krótkiej ulicy de Villersexel, ale uznawszy, że nie byłoby zbyt godne Baraglioula zaczepiać ją, poprzestał na tym, że się do niej uśmiechnął, kłaniając się lekko i uchylając dyskretnie kapelusza; po czym, minąwszy ją szybko, uznał za najwłaściwsze schronić się do trafiki100, gdy młoda panna, znów go wyprzedzając, skręciła w ulicę Uniwersytecką.
Kiedy Lafcadio wyszedł z trafiki i wszedł również w tę ulicę, obejrzał się na prawo i lewo: panna znikła. — Lafcadio, mój przyjacielu, wpadasz w banalność; jeżeli masz się zakochać, nie licz na moje pióro, aby odmalować zamęt twego serca... Ale nie. Lafcadio byłby uznał za niewłaściwe rozpocząć pościg; zarazem nie chciał się spóźnić do Juliusa, a czas, który stracił, nie dopuszczał już dalszej zwłoki. Szczęściem, ulica Verneuil była blisko, a dom, który zajmował Julius, był tuż koło rogu. Lafcadio rzucił odźwiernemu nazwisko hrabiego i wpadł na schody.
Tymczasem Genowefa de Baraglioul — bo to była ona, starsza córka hrabiego Juliusa; wracała ze szpitala dla dzieci, dokąd chodziła co rano — o wiele bardziej od Lafcadia zmieszana tym nowym spotkaniem, śpiesznie dobiła do ojcowskiego domu; wszedłszy w bramę właśnie w chwili, gdy Lafcadio skręcał w ulicę, była na drugim piętrze, kiedy szybkie kroki rozlegające się tuż za nią kazały się jej odwrócić. Ktoś szedł w górę szybciej od niej; usunęła się, aby go przepuścić, ale poznając nagle Lafcadia, który zatrzymał się, zdumiony, na wprost niej, rzekła, siląc się na ton możliwie gniewny:
— Czy to jest godne pana ścigać mnie?
— Och, pani, cóż pani o mnie pomyśli? — wykrzyknął Lafcadio. — Nie uwierzy mi pani, kiedy powiem, że nie widziałem, że pani weszła do tego domu. Jestem bardziej jeszcze od pani zdumiony tym spotkaniem. Czy nie tutaj mieszka hrabia Julius de Baraglioul?
— Jak to — rzekła Genowefa, rumieniąc się — byłżeby pan tym nowym sekretarzem, którego oczekuje ojciec? Pan Lafcadio Wlou... ma pan nazwisko tak dziwne, że nie wiem, jak je wymówić...
A kiedy Lafcadio, rumieniąc się z kolei, skłonił się, panna dodała:
— Skoro tu pana spotykam, czy mogę błagać, aby pan nie mówił rodzicom o wczorajszej przygodzie, która, jak sądzę, wcale by ich nie zachwyciła; ani zwłaszcza o sakiewce: powiedziałam, że ją zgubiłam.
— Miałem panią również błagać, aby pani pokryła milczeniem idiotyczną rolę, którą wobec pani odegrałem. Jestem jak pani rodzice: nie bardzo to wszystko rozumiem i wcale tego nie chwalę. Nie mogłem się powstrzymać... Niech mi pani daruje. Muszę się jeszcze uczyć... Ale nauczę się, upewniam panią... Czy zechce mi pani podać rękę?
Genowefa de Baraglioul, która nie przyznawała się przed sobą, że Lafcadio wydał się jej bardzo piękny, nie przyznała się przed Lafcadiem, że nie tylko nie był w jej oczach śmieszny, ale przeciwnie, wydał się jej bohaterem. Podała mu rękę, którą on z zapałem podniósł do ust; wówczas, uśmiechając się z prostotą, poprosiła, aby się trochę wrócił i zaczekał, aż ona wejdzie i zamknie drzwi, tak aby ich nie widziano razem; a zwłaszcza żeby później nie okazał niczym, że się poprzednio spotkali.