Hrabina wróciła właśnie z rannej przejażdżki, którą zwykła była, powożąc sama, odbywać w lekkim powoziku; uwiadomiono ją, że jakiś kapucyn czeka na nią od godziny w salonie. Nieznajomy powoływał się na kardynała André, jak zaświadczał bilet Jego Eminencji, który wręczono hrabinie; bilet był w kopercie; pod nazwiskiem kardynała można było wyczytać te słowa, skreślone jego drobnym, prawie kobiecym pismem:
Poleca bardzo szczególnym względom hrabiny de Saint-Prix księdza J. P. Salus, kanonika w Virmontal.
To było wszystko, i to wystarczało. Hrabina chętnie przyjmowała osoby duchowne; co więcej, kardynał André dzierżył duszę hrabiny w swoich rękach. Jednym susem znalazła się w salonie, przepraszając, że dała na siebie czekać.
Kanonik był pięknym mężczyzną; jego szlachetna twarz tryskała męską energią, która kłóciła się dziwnie z pełną wahań ostrożnością gestów i głosu, tak samo, jak mogły zdziwić jego włosy, prawie białe, przy świeżej i młodej twarzy.
Mimo uprzejmości hrabiny rozmowa nie kleiła się; obracała się dokoła zdawkowych kondolencji z powodu świeżej żałoby hrabiny, zdrowia kardynała André, nowego zawodu, jakiego doznał Julius w Akademii. Ale stopniowo głos księdza stawał się wolny i głuchy, a wyraz jego twarzy pełen troski. Wstał wreszcie, ale zamiast się pożegnać, rzekł:
— Pragnąłbym, pani hrabino, i to w imieniu kardynała, pomówić z panią o ważnej sprawie. Ale pokój jest akustyczny; przeraża mnie ilość drzwi, boję się, aby nas ktoś nie usłyszał.
Hrabina przepadała za zwierzeniami i fasonami; wprowadziła kanonika do małego buduaru118, do którego dostęp był jedynie z salonu, i zamknęła drzwi.
— Tu jesteśmy bezpieczni — rzekła. — Niech ojciec mówi bez obawy.
Ale zamiast mówić, ksiądz, który usiadł na wprost hrabiny na niskim krzesełku, wydobył fularową chustkę i zdławił konwulsyjne łkania.
Wystraszona hrabina chwyciła ze stolika koszyk do robótek, poszukała w koszyku flakonu z solami119, zawahała się, czy ma je ofiarować gościowi, w końcu zdecydowała się powąchać je sama.